To bardzo dziwna choroba, a może to wcale nie choroba, tylko bolesny stan duszy?
Działają armie specjalistów, którzy próbują nas uwolnić od depresji: psychiatrzy, psychoterapeuci, psycholodzy, parapsycholodzy, bioenergoterapeuci; zalecane są terapie indywidualne, grupowe, autopsychoterapia, psychoanaliza, terapia zajęciowa, pozytywne afirmacje itd. itp. oraz farmakologia. Próbowałam wszystkiego!

Moja depresja dała o sobie znać 16 lat temu. Praca, obowiązki domowe stały się dla mnie trudnościami nie do pokonania. Strach, niemoc, słabość — to uczucia, które mnie nie opuszczały. Obsesyjne myślenie, co powinnam dziś zrobić, ile mogłabym zrobić, co uda mi się zrobić i. tęsknota za wieczorem, kiedy już dzień się skończy i będzie można schować się w pościeli.

Po latach zmagania się z moimi stanami duszy i ciała (bóle i zawroty głowy, duszności, bóle w klatce piersiowej i pleców, sztywnienie rąk, nóg, palpitacje, pocenie się, ogólna słabość fizyczna, wstręt do jedzenia) przeczytałam gdzieś, że istnieje tak zwana depresja nawykowa, innymi słowy uzależnienie od depresji.

Można uzależnić się od komputera, jedzenia lub niejedzenia, od narkotyków, nikotyny, alkoholu, drugiego człowieka a nawet od swojej depresji! Na czym to uzależnienie polega? Zapewne na tym, że sytuacje trudne, stresowe, gdy coś idzie nie po myśli, gdy trzeba się nagiąć, to wtedy alkoholik sięga po alkohol, a depresant po depresję. Jest to rodzaj oświadczenia wszem i wobec: ja sobie z tym nie poradzę, dajcie mi spokój.

Jest mnóstwo świadectw osób, którym udało się wydostać z depresji, z alkoholizmu, narkomanii, czy innych uzależnień. To daje nadzieję. Ja po kilkunastu latach zmagania się ze stanami depresyjnymi, po wielu lekturach na ten temat, uważam, że wszystkie nasze uzależnienia biorą się z czarnej dziury, która jest w naszej duszy. Dusza krzyczy, woła o pomoc — ona chce żyć, a my nie pozwalamy jej oddychać, gdyż na życie duchowe nie mamy czasu lub nie wiemy, co to takiego jest?

Duszą nazywam miejsce na miłość, przebaczenie, pokorę. Dusza kontaktuje się z Panem Bogiem i z naszymi uczuciami. Dusza też kontaktuje się z naszym sumieniem. Mówi się potocznie: człowiek bezduszny, albo bez serca, co oznacza człowieka złego, bezwzględnego. Czy to znaczy, że człowiek w depresji jest zły? Nie, nic podobnego! Człowiek w depresji, narkoman i alkoholik nie jest człowiekiem złym, lecz ma zaburzony kontakt ze swoją duszą, która jest jakby wyłączona z tego obiegu między uczuciami a umysłem. Ja rozumiem to w ten sposób, że dusza u chorego emocjonalnie człowieka jest też chora. Ale jest na tyle silna, że dopomina się o zmianę, o nawrót, o kontakt z Bogiem.

Przełomem w walce z moją depresją, były pierwsze spotkania z Panem Bogiem. Po kilku latach różnych prób z terapiami i sesjami psychoanalitycznymi trafiłam do Petry, gdzie leczono alkoholików i współuzależnione żony. Tam dowiedziałam się o Sile Wyższej, której mam oddawać trudne sprawy. Tam nauczyłam się modlitwy:

147 Responses to “Depresja — droga do duchowosci”

  1. Lu_ says:

    hmm... no właśnie. Bardzo rozległy temat. Dużo by tu mówić.

    Moim zdaniem wierze można wiele zawdzięczać. Jest to pewne ukojenie i lekarstwo duchowe. Podpora. Ale właśnie... trzeba wierzyć, żeby znaleźć pomoc u Jego boku. A co wtedy, kiedy w tak trudnych chwilach zaniedbujemy Nasze relacje z Nim? Jeżeli zbaczamy na zły tor? Kiedy On jest za mgłą i nie jesteśmy w stanie wyciągnąć do Niego dłoni, bo szatan podcina nam nogi...

  2. Grazia says:

    Barbara, piękny ten wiersz, kto go napisał?

    Pierwszy raz weszłam na tę stronę i cieszę się z tego faktu (o ile potrafię się z czegokolwiek cieszyć). Obecnie jestem w dołku, może już nie takim głębokim, ale jednak trwa to już 2 miesięce. Ja choruję na chorobę afektywną dwubiegunową, inaczej psychozę maniakalno-depresyjną. Dla niewtajemniczonych to okresy depresji na przemian z manią. Choruję już 8 lat i mam przeciętnie 3 nawroty w roku. Jest mi bardzo ciężko, chociaż mam przy sobie osobę , która mnie wspiera. Ale to nie jest takie proste, że jak się ma kogoś, to się nie choruje. Mam za sobą wiele tzw. strat. Rozwód, rozstanie z dorosłym synem (obecnie przebywa w Londynie), nawet oddałam swoje zwierzęta mamie , bo nie mogłam się nimi zajmować. Byłam 5 razy hospitalizowana, jestem na kolejnych lekach przeciwdepresyjnych i stabilizatorach nastroju, próbowałąm odebrać sobie zycie, za kazdym razem, gdy z tego wychodzę, mówię sobie, że następnego nawrotu nie przeżyję. Jestem z powodu mojej choroby na rencie od 4 lat.

    Piszę do Was, żeby podzielić się swoim doświadczeniem. Ja nie jestem sama. Jestem z partnerem. Mam wsparcie ze strony moich najbliższych — mamy, taty, siostry, teraz także mojego dorosłego syna. I to nie wystarcza.

    Próbowałam różnych leków, terapii, szpitali. I to nie pomogło.

    Ktoś z Was bardzo ładnie napisał o stawianiu sobie celów, że osiąganie ich daje satysfakcję i szczęście. A co, jeśli nie można go osiągnąć? Przychodzi jeszcze większe rozczarowanie i ból. Ja mam taki cel, od 2 lat szukam pracy. Nie moge jej znaleźć, chociaż mam wyższe wykształcenie, 13-letnią karierę zawodową (w różnych firmach), i podobno nieżle wyglądam. Mam 43 lata. Nie mogę osiągnąć tego celu, a to dołuje mnie jeszcze bardziej.

    Wcześniej, już gdy chorowałam, podejmowałam pracę, ale niestety po 3 miesiącach choroba powracała. No i jak się to odnosi do tej pięknej hipotezy?

    Jestem osobą wierzacą, byłam praktykującą, obecnie po prostu nie mogę chodzić do kościoła. Jestem w związku pozamałżeńskim, co też jest dla mnie trudne ze względu na moją wiarę. Modlę się, ale tak trudno mi się na tej modlitwie skupić. I tak trudno mi wierzyć!!!!!!!!!!

    Jak powiedziała mi moja psychoterapeutka z Oddział Depresantów w Tworkach: wykonała Pani już wiele pracy nad sobą, wypróbowała wiele dróg, więc może Pani czuć się rozczarowana. Przekonywała mnie, że to wszstko co złe, smutne i negatywne jest w mojej podświadomości. I że można na nią wpłynąć. JA TEGO NIE POTRAFIĘ!

    Czuję się niepotrzebna, bezwartościowa, nudna, każdy kolejny dzień to dla mnie problem, co ja będę ze sobą robić?

    Kiedyś próbowałam czytać książki, przeczytałam ich tyle, że musiałam zacząć nosić okulary. Teraz nie mogę czytać. Poprzednim razem próbowałam grać w brydża, teraz też jest mi trudno czerpać z tego przyjemność, co ja mówię, jaka przyjemność, po prostu zabicie czasu.

    Wiem, że wielu zdrowych ludzi, którzy też nie mają pracy i żyją. Ale ja chcę pracować! Nigy, fakt, że inni mają gorzej nie poprawiał mi samopoczucia.

    Dobrze, że jesteście, i że piszecie, bo nie czuję się taka samotna. Bo mogę napisać o moich problemach, bo bliscy znają je już bardzo dobrze, a tylko wywołuje to u nich poczucie bezsilności.

    Dziękuję za wysłuchanie i piszcie do mnie, proszę

  3. karola says:

    Graziu — bardzo ładnie i celnie napisałaś w skrócie na czym polega ta choroba. Nic nie cieszy, to co robimy to jedynie dla zabicia czasu, bliscy są bezsilni, a cele/?? cóż z tego, że je sobie stawiamy, skoro w depresji trudno je osiągnąć!

    Ja byłam kiedyś bardzo wierząca, chodziłam często do kościoła, modliłam się. Teraz nie umiem! Zwątpiłam we wszystko... a chyba w siebie najbardziej. I to najbardziej boli. Czasem sobie myślę, że to straszne tak marnować czas /zabijam go co dzień, byle do kolejnego dnia.../ ale nie wiem co mogłabym robić, skoro nic nie cieszy a jeszcze bardziej rozczarowuje! Świadomość, że jest tylu ludzi, którzy czują podobnie jak my, nie pociesza, ale sprawia, że nie czujemy się aż tak samotni na świecie...

  4. Monika says:

    Witam Was serdecznie!

    Jestem tutaj pierwszy raz i nie będę opisywać swojego przypadku, przynajmniej teraz nie. Chciałam tylko napisać, że mam depresję od półtora roku i czytając wasze teksty wiem dokładnie, o czym mówicie i co przeżywacie i jedyna rzecz jaka mnie w tej sytuacji cieszy (o ile tak można powiedzieć) to to, że dzięki Wam choć na chwilkę przestałam się czuć jak «świr».

    Dlatego przesyłam Wam morze miłości, tak prosto z serca. Wiem, że brzmi to głupio, szczególnie jak czytam co tu piszę, ale uwierzcie lub nie, są to jak najszczersze zyczenia z mojej strony. Mam nadzieję, że dzięki temu poczujecie się choć przez chwilke lepiej:]

    P.S

    Swoją wizytę na tej stronie i w tej dyskusji zawdzięczam Markowi a dokładniej temu, w jaki sposób tutaj pisze o sobie i o tym, w jaki sposób udziela Wam rad. Mogę powiedzieć, że zostałam zainspirowana. Także pozdrawiam wszystkich i dziekuję:]

  5. steven says:

    Witajcie! Może zabrzmi to dziwnie, ale dziekuję Wam wszystkim za to, że... jesteście! Już od jakiegoś czasu zaczytuję się w różnych forach dotyczacych depresji, ale jeszcze nigdy nic nie napisałem. Dopiero Wasze wypowiedzi skłoniły mnie do napisania czegoś. Choć ręce mi drżą i klawisze się mylą, choć czuję szpikulce wbijane w klatkę piersiową i dziwne pulsowanie w czaszce i choć często łzy lecą po policzkach, to jednak postanowilem (dzięki Wam za to) coś napisać. W ciężkich chwilach pisanie daje mi trochę wytchnienia, więc może jak napiszę coś do Was, to też będzie lepiej, a przy okazji może ktoś również (jak ja) skorzysta z wypowiedzi kogoś 'podobnego'. Bardzo chciałbym otworzyć się przed kimś i otrzymać trochę zrozumienia, ale sami wiecie, jakie to jest trudne. Ja wielu z Was rozumiem, ale chyba niewiele można zrobić. Mam jednak nadzieję (ciagle i jeszcze) że będzie lepiej, że się poprawi i chyba właśnie dlatego chciałbym dołączyć do tego forum. Jak wszyscy z Was potrzebuje pociechy i sam chciałbym ją dawać, bo jest we mnie dużo nadziei a jednak... łzy same z oczu lecą...

    Dziekuję Wam wszystkim, bez względu na wiek i wyznanie.

    'Samotność nie ma nic wspólnego z brakiem towarzystwa'

  6. Unknown says:

    Wiecie co? Chyba wybieram śmierć... już od dłuższego czasu o tym myślałem, i nawet jakbym wyzdrowiał, to bym nie umiał się odnaleźć na tym świecie. To wszystko jest zbyt skomplikowane, straciłem 3 lata życia, 3 lata doświadczeń i nauk. Na nic mi ta choroba, tylko pogorszyła wszystko. Po co komu na świecie schizofrenik, depresant i paranoik? Na nic się tu liczę, a księdzem czy policjantem nie zostanę. W ogóle jestem nikim i nikim będę. Im bliżej mi do zdrowia, tym bardziej trzeźwo myślę i widzę, że przez tę chorobę nic nie ma sensu. Eh... szkoda gadać, samotnemu i zdołowanemu zawsze wiatr w oczy.

  7. Monika says:

    Witam.

    Wiesz co «unknown»!!!!! nie jestem pewnie odpowiednią osobą do tego, aby mówić Ci co robić a czego nie, bo nawet nie mam takiego prawa. Chciałabym tylko, żebyś wiedział, że ja mam taką osobę w rodzinie, która ma schizofrenię i całą resztę w pakiecie i niewyobrażam sobie życia bez tej osoby. Bardzo ją kocham. Dlatego jak przeczytałam Twój wpis, powiem szczerze, że się przestraszyłam i postanowiłam napisać. Zobacz, mimo tego, że Cię w ogóle nie znam. Ja mam wiele mysli o zakończeniu swojego żywota i nie mówię, że kiedyś nie nadejdzie taki dzień, nie wiem. Ale mimo 1,5 roku leczenia depresji i życia w niej i z nią dużo dłużej, to staram się nie podejmować tego ostatniego kroku. Też mam tak jak Ty. Bardzo odczuwam, że minęło tak wiele czasu, a ja nic nie zmieniłam i co dalej? Gdzie jest powiedziane, że będzie lepiej? Nigdzie tak naprawdę.Odczuwam, że nic nie znaczę i nic nie jestem warta... kiedyś tak nie było. Poczucie straconego czasu, szans,życia... Nie będę nic radzić, bo sama wiem, że nic się nie da poradzić. Wiedz tylko, że dla mnie to ważne, i cytuję nie szkoda gadać :]

    Pozdrawiammmmmmm!!!!!!!!!!!!

  8. asia says:

    do unknown: śmierć nie jest żadnym rozwiązaniem, to ucieczka, możliwe, że w gorszy świat... ale z niego niestety już wyjścia nie będzie. Przemyśl to... Ja też mam takie myśli, czuję, że jestem ciężarem dla mojej mamy, ona jedyna mną się przejmuje, mam poczucie, że sprawiam jej ogromny ból, ona też miała ciężkie życie a teraz ja zapewniam jej kontynuację tego koszmaru swoją chorobą. Wydaje mi się, że gdybym odeszła, byłoby jej łatwiej, ale wiem, że jest Bóg, nie mogę podjąć za Niego takiej decyzji, Ty też tego nie rób... Ja nie wiem jaka jest Twoja sytuacja, kiedy i dlaczego pojawiła się u Ciebie depresja, ale jest z niej wyjście to leki, one naprawdę swietnie działają i pomagają spojrzeć na siebie w zupełnie innym swietle. Ja gdyby nie to, że moja depresja wynika z wciąż postępującej zupełnie innej choroby, a była tylko i wyłącznie skutkiem ciężkiej sytuacji, ale z wyjściem lub zwykłego zaburzenia neuroprzekazników w mózgu, dałabym sobie taką szansę i po wyzdrowieniu czerpałabym z życia tysiąckrotnie bardziej niż przed chorobą... Świat ma zalety, piękne miejsca, których jeszcze nie widziały nasze oczy, muzykę, ksiązki, które przenoszą w swiat jaki tylko zapragniemy, dotyk bliskie osoby, wschody i zachody słońca, filmy, obrazy, letnią burzę i przyjaciół. Ja też straciłam lata doświadczeń i młodości generalnie życia i nie 3 a prawie sześć, ale oddałabym wszystko, żeby mieć tylko depresję i zadnej choroby poza nią i móc dostać wtedy pomoc od lekarza... bo na fajne życie nigdy nie jest za późno... i pamiętaj, każdy człowiek jest kimś, i reprezentuje pewną wartość i ma coś do zaoferowania, trzeba to tylko w sobie odnaleźć...

  9. asia says:

    proszę unknown daj znać, że jesteś jeszcze tu z nami i nie zrobiłeś niczego czego nie da się odwrócić

  10. katt says:

    jestem przerażona jak to wszystko czytam, jakbym opowiadała o sobie, nie umiem, nie chce mi się i w ogóle jedno wielkie nie. Nie pamiętam jak to jest być szczęśliwym, nawet nie chce mi się postarać, siedzę z dziećmi i boję się o nie, boję się, że nastąpi taki dzień, że nie będę już w stanie się nimi zająć. Drażnią mnie, najchętniej uciekłabym stąd gdzieś daleko, żeby wszyscy dali mi spokój, przecież ja i tak na nic nikomu nie jestem potrzebna. Zdaje też sobie jeszcze sprawę, że mój nastrój nie wpływa dobrze na dzieciaki, więc po co im taka mama. Mąż jest alkoholikiem niepijącym od trzech lat, chodziłam na terapię, ale teraz wiem, że dużo problemów przykrywałam jego chorobą a tak naprawdę, to były moje problemy. Teraz jak by się mogło wydawać, że wszystko idzie ku lepszemu, ja czuję, że całe życie przegrałam i nic już mnie dobrego nie spotka, nic mnie nie cieszy, nie mam marzeń. Teraz doszły mi problemy ze zdrowiem, grozi mi kalectwo, a ja nie mam nawet siły zmierzyć się z tym, nawet już mi się nie chce dalej pisać

  11. Unknown says:

    Monika, nie wiem nawet co Ci odpisać... Postaram się jakoś nie myśleć o śmierci, dzisiaj nie myślałem w ogóle. Może się w końcu zdecyduję coś zrobić ze swoim życiem. Na razie zaczynam dbać o ciało, tzn sobie poćwiczę trochę, żeby mieć więcej siły na cokolwiek. Zobaczymy co się stanie jak serce zacznie znowu szybko bić i to nie ze strachu. Może dopompuje mi trochę rozumu do głowy ;D Dzięki Monika że napisałaś :)

    Pozdrawiam :)

  12. Unknown says:

    Asia, ja nie mam tylko depresji, już gdzieś pisałem, że to depresja, schizofrenia, mania prześladowcza i sam już nie wiem co w mojej głowie siedzi, jak zwał tak zwał, mam poryte w głowie i tyle. Jak już pisałem wyżej, jakoś sobie to postaram ułożyć i zacząć działać. Mówisz o filmach, heh — ja całymi dniami tylko oglądam filmy i jeszcze bardziej mi ryją w głowie. Znajomi... a co tam za znajomi... traktują mnie jak śmiecia, nikt nie zadzwoni, nie zapyta co się dzieje. Dobra, wiem moja wina, ja ćpałem, ja prowadziłem taki nie inny tryb życia i teraz mam, jednym się udaje — innym nie, ja wpadłem. Pokutuję teraz ostro, cóż taka prawda, tylko na prawdę szkoda, że sam z tym zostałem. No niestety, sam wybrałem i teraz nie powinienem mieć do nikogo żalu jak tylko do siebie.

  13. steven says:

    Witaj Unknown! Cieszę sie, że zamierzasz się za siebie wziąć. W końcu jakaś pozytywna iskierka. Te ćwiczenia fizyczne to naprawde dobra rzecz. Jak się człowiek trochę pomęczy, to lepiej się śpi, apetyt wraca i ogólnie jest szansa na lepsze samopoczucie. Trzeba sobie tylko te ćwiczenia odpowiednio dozować, znaczy nie za dużo na początek, żeby się nie zniechęcić pierwszymi zakwasami. Ja sam tak robię (znaczy robiłem, ale teraz wracam do tego ponownie). Ostatnie cztery miesiące przeleciały mi między palcami, jak w czarnej dziurze (swoja drogą ciekawe jaki jest rekord siedzenia w kucki pod prysznicem po ciemku?), ale od tygodnia próbuję ćwiczyć. Straciłem formę i kondycje, ale zacząłem od basenu. Pierwszy raz popływałem jakieś dwadzieścia minut z przerwami oczywiscie i miałem dość. W niedzielę wybieram się znowu. Poza tym chodzenie po górach. Nie dość, że fajne widoki, to jeszcze swieże powietrze. A tak w ogóle to polecam jeszcze squosh'a. Totalnie wyczerpuje organizm, podobno można się od tego uzależnić — takie zadowolenie wyczerpaniem.

    Życzę samozaparcia w sporcie i mam nadzieję, że będziesz opisywał postępy. Wydaje mi się, że takie deklaracje w takim miejscu, przynajmniej w jakimś stopniu i przynajmniej kilku z nas pomogą. Trzymaj się!

    Do monika: Jestem z Tobą w stu procentach. Aż brak mi słów. Ja przestałem myśleć o samobójstwie po długiej walce z myślami na temat rodziców. Za bardzo ich kocham i za wiele im zawdzięczam, żeby odwdzięczyć się im czymś takim. Oni by chyba tego nie przeżyli. Raz jeszcze wielkie dzięki, ze napisałaś te słowa. Mam nadzieję, ze dotarły nie tylko do Unknown'a i do mnie. Pozdrawiam.

    'Przeciez w zyciu i tak nie da się wszystkiego osiągnać, bo cóż by pozostało dla innych?'

  14. Monika says:

    Unknown, no proszę, robisz karierę na forum :] (to żart, mam nadzieję że rozumiesz moje poczucie humoru w tej sytuacji), zobacz jak ludzi zupełnie obcych to interesuje co się z Tobą dzieje. A tak serio, jak teraz odczytałam, że odpisałeś na mój odzew w Twoją stronę, to się o mały włos nie poryczałam. Czemu? Chyba dlatego, że po 1 dałeś znak życia, a 2 sprawa to to, że postanowiłam dokładnie to samo.Też muszę się zmusić do większego wysiłku fizycznego. Kiedyś tańczyłam, ale nie zawodowo niestety:] Chodziłam na fitnesy, aerobiki i inne takie bzdury. Na szczęście nie po to, żeby zrzucić kg tylko, żeby wypocić stresy itp. A najbardziej to pomogało mi to na mój chory kręgosłupik. Pomagało, serio. Co do filmów, to na mnie bardziej działa muzyka. Jest moją odskocznią, uzależnieniem i chyba potrzebuję jej bardziej niż wody do życia. Dobra, kończę, bo wychodzi mi z tego pisania już prawie pamiętnik :] i to średniej klasy.

    Pozdrawiam i miłego dopompowywania :]

  15. Unknown says:

    Ehh przepraszam nie chciałem nikogo przestraszyć pisząc tamto. Miałem dziwny dzień :( . Już jest ok i dzięki że się martwiliście, choć niepotrzebnie, gdybym tego nie napisał nawet by nie było widać że brakuje tu kogoś ;p Dobra ja nie o tym...

    Do Stevena — ćwiczę sobie i już jestem po zakwasach, z tydzień chodzić nie mogłem ale teraz czuję jak «weszło mi» cierpienie w nogi ;D Lżejszy człowiek się czuje, także polecam :) A co ćwiczyć to co kto lubi, bo o to chodzi, no nie? ;) Ja tak samo jak Ty Steven straciłem formę a byłem jednym z lepszych w szkole i na osiedlu w sportach każdego rodzaju, serio :) A teraz takie chucherko... ;/

    Do Moniki — Heh ja karierę? Jako kto? Zawodowy down chyba :P Acha najważniejsze dzięki za troskę! Dobrze się czuję gdy kogoś choć trochę obchodzi moje istnienie nawet jeśli udaje. A i właśnie muzyka, to jest u mnie chyba rzecz na równi z filmami. Monika idź zapisz się do jakiegoś klubu tanecznego, nie wiem co tam ćwiczysz ale nie musi to być «zawodowe», ważne żebyś to robiła.

    Pozdrawiam wszystkich

  16. Unknown says:

    Mnie się już nawet nie chce pisać, nie wiem co jest fałszem a co prawdą, nie wiem w co mam już wierzyć ;/ Pisanie takie jest bez sensu, nic nie daje ;/ Nie wiem za co sie zabrać, co ze sobą robić i nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał o tym słuchać ;/ Takie wyżalanie się na ilość i w ogóle nie wiem nic ;/

  17. admin says:

    Unknown, jest fatalna pogoda, dlatego tak się czujesz. Idź na spacer, popatrz jak pięknie rozkwita przyroda. To jest taki sam cud jak nasze życie! Weź jakąś pogodną książkę i postaraj się ten trudny czas spędzić dla siebie jak najmilej. Ten zły nastrój minie. Modlę się za Ciebie — jak obiecałam :)

  18. gunia says:

    czy zauroczenie może być lekiem na depresję?

  19. karolka says:

    Gunia — tak. takim doraźnym... metaforycznie to tak jak tabletka p/bólowa;>

    pomaga na chwilę... na jakiś czas... ale przyczyny nie usuwa... problem /ból/ pojawi się znów w najmniej oczekiwanym momencie, uderzy z większą siłą...

  20. gunia says:

    Karolka-chyba masz rację,bo znowu mnie dopadło.Dzięki za Twoje teksty-czytam i widzę siebie dokładnie.Pozdrawiam.

  21. steven says:

    Myślałem Unknown, że się odezwiesz jak Ci idą postępy w ćwiczeniach... Cóż... u mnie też kicha...

  22. Unknown says:

    U mnie jako tako, gram prawie codziennie, czuję się lepiej, ale objawy nie ustąpiły jeszcze do końca. Mogę powiedzieć, że są takie chwile, kiedy w ogóle nie dokucza mi depresja czy schizofrenia, jestem zbyt zajęty grą. To pomaga :)

  23. anka says:

    Najważniejsze to pokochać siebie. Lekarstwo jest w nas, nasze myśli, trzeba poczuć się zdrowym, usmiechnać się do siebie, do napotkanej osoby. Żyć chwilą obecną, można się stworzyć samemu i zachwcić się sobą jak i światem. Wypisać z umysłu słowo depresja a wpisać radość życia. Naprawdę można, mnie się udało, wiara czyni cuda

  24. Marcin says:

    "Oto jest pustka wypełniona po brzegi

    Zasile tych szeregi co sami odeszli w czern

    I znowu przybylas jak milo cie widziec

    Im robi sie ciemniej, tym lepiej czuje sie

    I znowu przybylas, znow zatrace sie

    Znow tej nocy, oczarujesz mnie

    ref.

    Do rana wyzdrowieje, nadejdzie nowy dzien

    Szalenstwo trwa do rana, tymczasem chlone cie

    Jestes cala, jestes cala... jestes cala tylko dla mnie

    Oto jest pustka wypełniona po brzegi

    Zostawiasz na mnie trwale odbite pregi

    Dotrzymam ci kroku, zataczajac sie

    Pustym wzrokiem patrzac przed siebie

    Oto jest pustka wypelniona po brzegi

    W naszym zwiazku nic sie nie zmieni

    Probowalem sie wyrwac, lecz znow dopadasz mnie

    Kiedy dotrwam poranka, ciebie nie bedzie

    Przeslaniasz me oczy, serce i umysl

    Sterujesz mym zyciem, nie opieram sie

    Wiesz jak ze mna skonczyc, ja nadal slucham cie

    Znow sie poddalem, juz nie podniose sie

    Tak mnie opetalas, ja nadal chlone cie

    Kiedy dotrwam poranka, ciebie nie bedzie

    Znowu, znowu bede sam... "

    Zacząłem swój pierwszy post dość nietypowo... od jednego z pierwszych tekstów (wierszy?) jakie napisałem. Teraz dochodzi godzina 23:00, łzy napływają mi do oczu. I poczułem się szczęąśliwy, bo widzę, że już teraz do wielu ważnych wniosków udało mi się dojść samemu. I ciesze się, że postanowiłem się wybrać do psychologa (choć nadal obawiam się leczenia farmakologicznego). Wedlog analizy mojego zachowania, cierpię na psychozę maniakalno-depresyjna... trudno mi powiedzieć od jak dawna. Przyjmuję, że od około 2 lat (mam 17 lat...). Poznałem Wasze tragedie życiowe... współczuję Wam... i jednocześnie Was podziwiam. Ja zaczynam mieć obawy o moją przyszłość... choć widzę, że miałem dużo dotychczas szczęścia. Dużo swojego czasu poświęciłem na zagłębianiu się... w mojej psychice? Duszy? Choc dla niektórych to wsztstko co przeżywamy jest efektem «chemii w naszych głowach». Zacznę od wspomnień z dzieciństwa. Teraz wiem już, że ojciec był alkoholikiem... i nie tylko. Z tamego okresu pamiętam jak ojciec wrzeszczał na moją matkę, pamiętam, że ją nawet uderzył. Widzę, że niektórzy z Was doskonale wiedza jaki ból zadają choćby odgłosy takich scen. Później ojciec wyjechał za granicę, matka zajęła się pracą, robiła wszystko, aby w domu było nam jak najlepiej. W zasadzie przez większość dzieciństwa zdążyłemz zapomnieć o kłótniach rodziców, z tatą widywałem się tylko na święta. Odkąd pamiętam, zawsze koncentrowałem się na własnych uczuciach i starałem się kierować nimi w życiu. I to właśnie bylo moim pierwszym krokiem w stronę depresji. A właściwie... czuję, że już od urodzenia byłem o krok bliżej ku temu stanowi, ale i o tym zdażę napisać. Zawsze uważałem, że trzeba być szczerym, niczego przed nikim nie udawać. Nie bałem się mówić tego co czułem, jednak z czasem życie w taki sposób mnie przerosło. Źle wyszedłem na konfrontacji moich wartości z ludźmi, z którymi wtedy utrzymywałem kontakt. Kiedy ja starałem się być szczerzy, ludzie wokół mnie zaczęli być co raz bardziej obłudni. W tym samym momencie straciłem moją przyjaciółkę... pierwszy raz zaczalem żywić do kogoś głębsze uczucia. Może zbyt otwarcie mówiłem o tym co czułem jak na 15 latka... Wiem, że to o czym teraz piszę, jest bardzo subiektywne i sam nie raz próbowałem się przekonać do... tego iż to tylko moja błędna intepretacja zdarzeń. Co do tamtego okresu... po dwóch latach jeden z moich przyjaciół przypominając tamten czas, udowodnił, że jednak tego sobie nie wmówiłem. Po tym zawodzie wobec ludzi po raz pierwszy popadłem w ten stan, zerwałem niemal wszelkie kontakty towarzyskie. Z rozgadanego dzieciaka stałem się... nie-rozgadanym dzieciakiem ;) Sport. Chyba mnie uratował. W momencie odcięcia się od ludzi całkowicie poświęciłem się jeździe na rolkach. Całymi dniami jeździłem, ubierałem słuchawki z mp3 na uszy, aby ograniczyć kontakty z innymi do niezbędnego minimum. Starałem się wrócić do domu tak zmęczony, żeby nie mieć sił na żadne rozmyślania. W ten sposób uciekłem od depresji na jakieś 2 lata. Pozornie udało mi się uciec. Jednak wszystko przed czym uciekałem za dnia, dobijało mnie w nocy. Wybudowałem wokol siebie mur, którym odgrodziłem się od innych ludzi. Z czasem miałem problemy ze zwykłą rozmową. Czułem się bardzo samotny. Nie mogłem wiecznie uciekać, kiedyś musiałem się potknąć. A jeśli się potkniesz, to wszystko przed czym uciekałeś wpadnie na ciebie ze zdwojną siłą. Ten moment nastał dla mnie przy zmianie szkoły. Liceum. Nowe znajomości, nowa szkola. Miałem średnie wyniki w nauce, jednak pod koniec udało mi się na tyle zmobilizować, aby osiągnąć wystarczającą ilość puntków. Dostałem się do wymarzonej klasy, zrealizowałem swój cel. Dobra perspektywa na przyszłość oraz realizowanie swoich zamierzeń sprawiło, że na co dzień, mimo dystansu jakiego nabrałem w kontaktach z ludźmi byłem szczęśliwy. Tylko wszystkie złe myśli zaczynały odbierać mi sen... Poznałem świetną dziewczynę, przy której pomału otwierałem sie na ludzi. Była dla mnie ostatnimi promieniami słońca przed burzą jaka miała nadejść. Poznałem również tych, którzy okazali się dla mnie prawdziwymi przyjaciółmi. Jednego dnia wszystko się zawaliło. W pewnym momencie po prostu się potknąlem. Nie sypiałem przez parę dni z rzędu, znowu odciąłem się od ludzi. Najgorszą moją uwczesną decyzją była próba samotnego poradzenia sobie z tym problemem. Przez to odsunąłem od siebie osobę, na której do dzis mi najbardziej zależy. Depresja nas rodzieliła. Mój bląd, próba naprawienia tego wszystkiego w pojedynkę nas rozdzieliła... Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy mi pomogli... nauczyłem sie mówić otwarcie o swoich problemach. Choć wtedy tak na prawdę jeszcze ich nie mialem. Jestem szczesliwy... ze mam odwagę mówic o swoich uczuciach, kosztowalo mnie to dużo pracy nad samym sobą. Mogę śmialo przyznać, że rozmontowałem się emocjonalnie i dokładnie poznałem mechanizm według którego działa moja psychika. Również w tamtym okresie po raz pierwszy poczułem Boga w moim życiu. W najbardziej krytycznym momencie uchronił mnie przed najgorszą decyjzą jaką mogłem podjąć... posługując się zbiegiem okoliczności. Ale o tym też potem napiszę. Po tych wszystkich doświadczeniach i pewnego rodzaju «wygranej» z samym sobą, poczułem napływ sił. Zacząłem odbierać rzeczywistość na zupełnie nowych falach. Jednak wszystko co przeżyłem do tej pory, było dopiero przygotowaniem. W zasadzie nie miałem dużo czasu cieszenie się tą «ciszą na morzu». mhm... postaram się streścić, mój post robi sie już co raz dluższy. Potem z całym bagażem doświadczeń zmierzyłem się z... powstrzymywaniem własnego ojca przed samobójstwem. Poznałem całą prawdę jednego wieczora, dlaczego ojca nie było w domu przez 10 lat. Dowiedziałem się, że depresja w mojej rodzinie jest dziedziczna... i o ile wczesniej wierzyłem, ze wygrałem walkę z depresją, ojciec skutecznie mi pokazał na własnym przykładzie, że tej walki nie da się wygrać. Nie chcę się rozpisywać w tym miejscu. Przecież doskonale rozumiecie co to dla mnie oznaczało.

    Od tego czasu nadal się nie mogę pozbierać. Przecież... dostałem tyle szans w swoim życiu, wiele z nich udało mi się właściwie wykorzystać. Realizuję się uprawiając sport, nie tlumię w sobie Zadnych emocji. W tym czasie założyłem... zespół rockowy. Teraz mam okazję wykrzyczeć wszystkie rzeczy, które niegdyś tak bardzo kuły moją duszę... czuję, ze to mi pomaga. Jednak nadal wystarczy jedna myśl... by znów przeżywać cierpienia tamtych dni. W dodatku wiecznie towarzyszy mi świadomość, ze przez całe życie będę walczył z czymś, z czym nie poradzil sobie mój ojciec. Nie raz z nim rozmawiałem... tylko on przy tej rozmowie zawsze musiał być pijany. Widzę... że on swoj wewnetrzny ból przekłada na agresję wobec rodziny. Nie potrafię tego zrozumieć. Czasem go za to nienawidzę. I zawsze się boję... bo chyba jestem taki sam jak on. Nie chcę skazywać mojego syna na to, co sam musiałem przeżyć. Mimo tego lęku czuję że... wewnętrznie udało mi się to wszystko poukładać. Jednak po tym wszystkim... mam problem z realizowaniem swoich dążeń. Bezsenność, ciągłe zmęczenie. To wpływa na moją chęć działania. Nie mogę skoncentrować się na nauce. Myślę o rezygnacji z nauki w liceum. Tylko co ze sobą zrobić? Co mi z tego wszystkiego... jeśli po prostu nie poradze sobie w «prawdziwym życiu»?

    Nasza własna intepretacja. W ciągu życia odbieramy różne informacje o świecie zewnetrznym, od nas zależy jakie nadamy im znaczenie. Ciąg pewnych zdarzeń można uznać za czysty przypadek lub interwencje Boga. Mój brat kompletnie nie przejął się próba samobójcza ojca. Po prostu, powstrzymaliśmy go. On powrócił do swojego zycia. Mnie do dziś jedna myśl o tamtych przeżyciach odbiera wszelkie siły. To samo zdarzenie, jednak skutki jakie ono wywało na nasze życie zależało tylko od «odczytania znakow». Do nas nalezy znaleznie takiego sposobu na intepretacje wszystkich bodzcow jakie odiberamy, abys my mogli byc szczesliwi w naszym zyciu. Jednak my jestesmy bardziej podatni na rany... które w dodatku nigdy sie nie zagoja.

    00:23

    Trzeba się położyć do łóżka. Dziękuję Wam z całego serca, dzięki Wam postanowiłem wybrać się do psychologa. Wprawdzie obawiam się środków farmakologicznych. Jeśli wyleczą mnie z bezsenności, mimo to nadal nie będę potrafił odnaleźć się w codziennym życiu? I szczerze... dziekuję Bogu za wszystko co mnie w życiu spotkało. I za moją intepretację tych zdarzen. Zabrzmi to dziwnie... ale boję się zwalczyć mojego alibi na bezradność w życiu codziennym. Obawiam się również ze z zażegnaniem depresji stracę również moją wenę...

    Przeciez ja przy was nie mam zadnych problemow...

  25. Unknown says:

    Mój sposób na chorobę... poddać się jej działaniom i walczyć z nimi, nie z chorobą ale z tymi «schizami» wywołanymi przez nią. Pomaga na prawdę! Skutek jest taki jak walka z chorobą a jest łatwiej i mniej boleśnie.

  26. Unknown says:

    Wiecie co jest najgorsze? To że sam sobie stwarzam sytuację do płaczu... wracam do tego co było, nastrajam się na smutek... Ja się dziwię czemu nie idę do przodu... no jak skoro ciągle odwracam się do tyłu!? I tu dla was dobra rada — nie patrzcie w przeszłość, tylko do przodu do przodu przed siebie!!!

  27. ela says:

    Drogi Marcinie! Jezeli rzeczywiście chorujesz na zaburzenia maniakalno-depresyjne to MUSISZ leczyć się farmakologicznie. Nie ma innej rady. Zadne porady i treningi psychologiczne tu nic nie pomogą. Może na chwilę.

    Mnie też dopadła ta choroba, ale dopiero w wieku 40 lat. Wcześniej chorowali na nią mój ojciec i siostra. Niestety lekarze mylnie zdiagnozowali ich stan, uznając do za zwykłą depresję. Ja byłam przekonana, że mnie nie dopadnie, gdyż mimo traumatycznych przeżyć związanych z ich chorobą, nie straciłam wrodzonego optymizmu i pozytywnego poglądu na życie. Jednak, gdy po kilku latach zauważyłam u siebie pierwsze oznaki depresji (brak snu, wczesne budzenie się, brak koncentracji itd.) udałam się do lekarza. Stwierdzono depresję. Bardzo się zdziwiłam, gdyż nie było u mnie żadnej przyczyny (straty), która mogłaby ją wywołać. Brałam lekarstwa przeciwdepresyjne i choć bardzo cierpiałam psychicznie i fizycznie, to wierzyłam, że to minie. Rzeczywiście po pół roku leczenia również nagle, z dnia na dzień, poczułam się dobrze, nawet bardzo dobrze. Świat stał się kolorowy i radość była wszechogarniająca. Niestety, równie nagle po kilku miesiącach, jesienią znów dopadła mnie depresja. Teraz już na dobre. Trafiłam do szpitala, gdzie też nie zdiagnozowano prawidłowo mojej choroby i podawane lekarstwa nic nie pomagały. Dopiero profesor psychiatrii z Akademii Medycznej, do której zawiózł mnie mąż, odkryła u mnie chorobą depresyjno-maniakalną. Zapisała odpowiednie lekarstwa (inne jak dotychczas) i nareszcie wyzdrowiałam. Jaka to wielka ulga poczuć się zdrową. Nie choruję już prawie cztery lata i jestem szczęśliwa, mimo że czasami przychodzą wspomnienia tych bolesnych przeżyć. Biorę jednak lekarstwa zapobiegające nawrotowi choroby.

    Piszę Ci o tym wszystkim dlatego, aby zaznaczyć, jak ważna jest prawidłowa diagnoza. Jeżeli rzeczywiście u Ciebie występuje choroba depresyjno-maniakalna, to nie pomogą zwykłe leki przeciwdepresyjne, które mogą wywołać manię. Jednak tę chorobę można wyleczyć, stosując odpowiednie lekarstwa. Leczenie trwa dosyć długo. Ze zwględu na to, że przy tej chorobie często zdarzają się nawroty, stosuje się leki zapobiegawcze, czasami przez kilka lat. Wiem, że może Cię to przerażać. Jeżeli czytałeś inne wypowiedzi na tej stronie, to wiesz, że większość z nas wzbrania się przed stosowaniem leczenia farmakologicznego. Ja też początkowo byłam przerażona, że muszę tak długo brać lekarstwa. Jednak przekonałam się ,że przy mojej chorobie jest to konieczne. Szkoda tylko, że tak długo się męczyłam biorąc nieodpowiednie leki. Daj sobie szansę wyzdrowienia.

    Nieleczona choroba polega na pojawianiu się kolejno cykli depresji i stanów podwyższonego nastroju. Zwykłą depresję reaktywną można (niekiedy) pokonać metodami pschychoterapii, ale tę — nie. Jest to choroba genetyczna, ale dotąd naukowcy nie wiedzą dlaczego się pojawia i co ją wywołuje. Dotyka zarówno tych co mieli trudne życie, jak i tych szczęśliwych od urodzenia, bogatych i biednych. Najczęściej chorowali na nią ludzie nieprzeciętni, artyści, pisarze, naukowcy. Ta choroba pojawia się nagle i nie zależy od naszego postępowania, ona narzuca nam uczucia fałszywe i prowadzi do fałszywej interpretacji faktów. I choćbyśmy byli najmądrzejsi, to i tak nie zauważymy kiedy nas dopada i gdy podsuwa nam najbardziej absurdalne myśli i interpretacje zdarzeń. Ona kieruje naszym postępowaniem, choć sami tego nie widzimy. Gdy wyzdrowiałam, analizyjąc swoje uczucia i postępowanie w czasie choroby, nie mogłam się nadziwić «dlaczego tak myślałam, dlaczego tak czułam» — to było przecież nielogiczne, fałszywe.

    Nie wiń swojego ojca. Na jego postępowanie miała wpływ choroba. Niestety zapewne Twój ojcieć wcześniej nie wiedział, że na nią choruje. Nie leczył się. I trudno się mu dziwić. Dopiero w ostatnich latach wiadomo więcej o metodach leczenia tej choroby. Kiedyś jej zdiagnozowanie oznaczało napiętnowanie chorobą psychiczną do końca życia. Teraz dochodzi się do wniosku, że jest to raczej choroba biologiczna (taka jak inne choroby somatyczne) i jedynie jej objawy są natury psychicznej (podobne do depresji). Dlatego tę chorobę można wyleczyć tylko środkami farmakologicznymi (tak jak np. zaburzenia w funkcjonowaniu trzustki, czy wątroby nie będziesz leczył psychoterapią). Zatroszcz się o siebie, nie musisz cierpieć i zadawać ból innym tak jak Twój ojciec. Wierzę, że Ci się uda.

    Pozdrowienia.

  28. Agula 34 says:

    Cześć Kochani. Znów dopadła mnie czarna rozpacz. Dół nie do zniesienia. Płacz, chandra, lęk. Przeżyłam ostatnio straszne stresy. Zamknęłam się w sobie. Tragedia.

    Dzieciństwo miałam w miarę dobre. Później ojciec zaczął pić. Zaczął bić mamę. Oni się kłócili, ja stawałam w obronie mamy. Pomagałam jej. A ona się później z nim godziła. Wcześnie wyszłam za mąż z wielkiej miłości. Okazał się draniem, oszustem. Mam z nim dwoje dzieci. Kiedy ja płakałam, on się śmiał. Nie wytrzymałam. Chciałam się zabić. Ale zamiast tego wystąpiłam o rozwód. Potem już każdego mężczyznę traktowałam jak zabawkę. Nie wierzyłam, nie ufałam. Spadło na mnie wiele obowiazków. Długi rosły. Byłam sama z dziećmi. Rodzice daleko, bo od nich uciekłam. Ciągle się kłócili i bili. Nawet jak do mnie przyjeżdżali też się tłukli. Znienawidziłam ich. Odsunęłam się. Ale depresja dawała o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Gubiłam się. Płakałam, mało płakałam, ja wyłam. Przeszłam traumę przez nich i przez mojego byłego męża. Byłam ciągle sama. Samiutka z dwojgiem dzieci. Przyjaciele tylko wysysali ze mnie siły. Bo sami mieli kłopoty. Ja z sercem do nich, a oni zachłanni. To nie była przyjaźń. Ciągle się podnosiłam. Dla dzieci, które bardzo kocham. Już nie chcę być ciągle silna. I ciagle wstawać i udawać, że muszę wszystkiemu podołać. Do matki nie zadzwonie, nie pozalę, by ciągle mi mówiła, ze mam być twarda. Kazała mi wracać do mojego byłego męża, bo mi ciężko finansowo było. To ona tak mnie kocha? Mam sie sprzedać temu katowi? Komu mam się zwierzyc? Matce? Ojcu pijakowi, który ciągle wyrzuca mnie z domu kiedy pojade ich odwiedzić? Który mnie wyzywa od najgoszych. Skacze do mnie z rękoma?Tragedia.

    Wybaczyłam im. Ale to ciągle wraca, a ja skamlę o ich miłość.To chore.

    Zabrakło mi matki i ojca. Zabrakło mi miłości. Nikt mi nie pokazał, jak być żoną i matką. Zajęli sie sobą. Jak mam dalej wychowywać dzieci. Jak pokazać im właściwą drogę? Jak im pomóc dorastać?

    Nie wiem.

    Wiem tylko, że kocham dzieci.

    Pomóżmy sobie wzajemnie. My chorzy na tę cholerna chorobę, wesprzyjmy się. Dajmy sobie siły, uśmiechnijmy się do siebie. Ja się nie poddam, ale wyluzuję. Jestem z Wami. Już mi lepiej, bo wiem, że Wy mnie zrozumiecie.

    Za chaos przepraszam. Pisałam spontanicznie. Musiałam to wyrzucić. Pozdrawiam Was, przesylam buziaczki. Aga

  29. mona says:

    Agula, mój ojciec też pił i wrzeszczał — całe dnie wrzeszczał, a mama kochała nas bardzo, ale była tak zakręcona tym co sie dzieje z ojcem, że nie starczało jej już siły, by być dla nas oparciem, matką. Mama już nie żyje, poddała się i umarła, bo nie umiała tu znaleźć spokoju. Ja teraz wiem, że ona inaczej nie umiała, że była zbyt słaba i przebaczyłam jej. Ojcu nie potrafię chyba jeszcze przebaczyć. Raz mi się wydaje, że tak, ale życie potem pokazuje, że nie, że tkwią we mnie takie pokłady żalu, tak głęboko, że wydobywam z siebie tylko szloch. On nigdy nie zwrócił nam godności, nie powiedział przepraszam, uważa, że nic sie nie stało, że wszystko w naszym domu było normalnie. Najbardziej mnie przeraża, że odnajduję w sobie jego cechy... coś czego tak w nim nienawidziłam, potworną złość, którą nas karmił każdego dnia, ja teraz odnajduję w sobie! Tak jak Ty Agula, mogę napisać, że zabrakło mi i ojca i matki, że nikt nie nauczył mnie, jak być żoną i matką dla moich dzieci. Uczę się tego od innych, ciągle szukam, czytam, staram się słuchać... tak już chyba zostanie. Czuję w środku, że czegoś mi brakuje, że jestem jakby odrętwiała, brak mi wewnętrznego ciepła. Czasem jest mi nawet trudno przytulić własne dzieci i o to najbardziej się obwiniam. Mój najwierniejszy przyjaciel — smutek — jest zawsze ze mną. Ale chcę usmiechnąć się do Ciebie, do Was, którzy to rozumiecie :) )

  30. Agula 34 says:

    Mona. Ty tak ładnie napisałaś, nie chaotycznie, tylko tak z sensem. Przykro mi, że też przeszłaś to co ja. Ja to nadal przechodzę, bo moja mama żyje. Broń Boże nie życzę jej śmierci. Ale ta cholerna pępowina nadal jest. Też się łapię na tym, że mam głupie zachowanie. I nie chcę taka być. Nienawidzę siebie takiej. Wtedy chciałabym sie sama skrzywdzić. Nie umiem sobie radzić w obecnym związku. Nie umiem zaufać. Tragedia. Nie umiem cieszyć się życiem. Wiesz co, już nawet nie mam pretensji do Boga, że poddał mnie tej cholernej próbie w tym moim życiu. Wiem tylko, że nie chciałabym, aby moje dzieci tez miały takie problemy. Chciałabym je uchronić przed tym. Może ja muszę ponieść klęskę, aby one miały normalne życie. Może taka jest potrzeba. Ostatnio moja depresja nasiliła się. Staram się z nią walczyć z całych sił, ale wszysto idzie w niwecz. Może to zbyt egoistyczne, ale ja naprawdę jestem tak uduchowiona, ze mnie szlak trafia. Za bardzo czuje. Za dużo widzę. Za bardzo biorę do serca. Pękła moja tarcza ochronna. Wyć mi się chce. Nie tylko płakać. Wyć. Chcę normalności, chcę żyć, chcę się śmiać. Mam teraz kogoś, kto mnie kocha, ale jak tak pójdzie, to go przepędzę z mojego życia. Muszę się wyciszyć. Uspokoić się. Tak bardzo chciałabym jeszcze dziecko urodzić. Ale boję się, że wtedy objawy i choroba się nasilą. Czy ciągle mam żyć w lęku i obawie. Mona trzymaj się. Wiem, że to głupia rada. Ale najważniejsze czego Ci życzę, to zdrówka. Niech ból przepadnie i da nam życ tak jak na to zasługujemy

  31. asia says:

    aga, popłakałam się czytając Twój pierwszy wpis, nie sądziłam, że można czuć tak podobnie jak ja... w moim domu też nigdy nie było spokoju, wieczne awantury, agresja ojca, czasem nawet do rąk wpadała mu siekiera, nóż... wyzwiska i poniżanie były i są na porządku dziennym, rodzice najpierw się miesiąc kłócili, a potem godzili znów na jakiś czas, a ja za każdym razem po ogromnych ilościach przeżyć, musiałam przezwyciężac swój lęk i zachowywać się tak, jakby to co było przedtem, nigdy nie miało miejsca, to potworne uczucie i choć mama mnie kochała i nadal kocha, wiem to poza tą swiadomością. Czułam się zawsze samotna i gdzieś daleko w otchłani, opuszczona... brakowało mi ciepła, zainteresowania i spokoju, poczucia, że jestem ważna... Byłam malutkim dzieckiem a musiałam często stawać w obronie dorosłego człowieka, mojej mamy, często psychicznie, ale i też fizycznie, a kiedy i tego już nie dawałam rady robić, zamykałam się w pokoju i po ciemku przesiadywałam w jednym miejscu kilka godzin, żeby nie słyszeć tego wszystkiego. Uciekałam w świat fantazji — pomagało, ale na krótko, bajkę, którą kreowałam, zawsze przerywał ogromny krzyk, który w końcu mimo mojej wewnętrznej walki i niechęci, dochodził do mojej głowy i uszu... Wciąż w tym tkwię, to nas różni... ja zachorowałam, poza depresją mam jeszcze inną chorobę i niestety nie mogę uciec tak jak Ty, nie moge być samodzielna, nie umiem z tym wszystkim... ale Ty walcz, cieszę się, że piszesz o wyluzowaniu i chęci walki... masz dla kogo, znajomi rzadko bywają bezinteresowni, widzą nas wtedy, kiedy sami potrzebują pomocy, rady, a kiedy zaczyna się im układać, nagle znikają z naszego życia, piszą od czasu do czasu miłeg smsa, zadzwonią w dzień urodzin i uważają, że na tym to polega. Ale dzieci Twój największy skarb, kiedyś dorosną i to Ty w ich życiu będziesz najważniejsza, już jesteś, może są zbyt małe, by to wyrazić słowami i poważniejszymi gestami, ale kiedyś tak będzie, czego bardzo Ci zazdroszczę... trzymam za Ciebie kciuki i jestem z Tobą...

  32. Agula 34 says:

    Dziekuje Ci Asiu za te slowa. Obydwie przeżyłyśmy traumę, która strasznie rujnuje nam życie. Nie wiem na co zachorowałaś, ale jeśli chcesz, to napisz o swojej chorobie. Wyrzuć to z siebie. Ja przeczytam to z uwagą. Postaram się wesprzeć Cię i dać Ci otuchy i odwagi. I tak jesteś silna, że piszesz o swoich przeżyciach i nie zamykasz sie na ludzi. Super, to pierwszy krok do poprawy. Pisz to co Ci na sercu leży. Pisz.

    Ładnie opisałaś to, jak zachowują się przyjaciele. Napisałaś prawde. My ludzie z depresją bardzo często pomagamy innym, wspierając ich w trudach losu. A potem jak ich wyciągniemy z dołka, to maja nas gdzieś. I przekonałam sie o tym na własnej skórze. Postanowiłam zająć się sobą i pomóc przede wszystkim sobie i dzieciom. Nie dzwonię do znajomych, nie szukam na siłę przyjaźni. Wiem, że jeśli ktoś szanuje mnie, to sam będzie szukał kontaktu ze mną. I to skutkuje.

    Uwierz w to, a zobaczysz, jak zmieni się Twoje życie. To jeden z kroków do spokoju duszy.

    Dziekuje Ci, że odpisałaś na moją opowieść. Poczulam się naprawdę lepiej. Uśmiech zagościł na mojej twarzy. Poczułam, że nie jestem sama.

    Pisz kiedy będziesz czuła się źle. Ja tu będę wchodzić i zawsze przeczytam co Cię boli.

    Życzę Ci z całego serca, abyś znalazła wspaniałego partnera. Abyś zaczęła żyć pełnią życia. Szukaj dobrych ludzi, bo ja wiem że są tacy na świecie. Tylko otwórz się. Przebieraj, wybieraj, nie angażuj się za szybko. Pozwól sobie na dystans i ślamazarstwo. Rób wszystko wolniej, nawet jak inni będą Cię poganiać. Pozwól sobie na ten komfort. Uwierz, to działa.Wolę być ślamazara, niż spieszyć się i gubić.

    Życzę Ci tez z całego serca, abyś miała możliwość zajścia w ciążę i urodziła ślicznego i zdrowego dzidziusia. To najpiękniejsze co mnie spotkało. Wierz w to, a spełnią się Twoje marzenia.

    Obetrzyj łzy i zaufaj, że nie jesteś sama. Przynajmniej postaraj sie zaufać.

    Uśmiechnij się Asiu nawet kiedy wszystko Cię boli. Na przekór tej strasznej chorobie. Pozdrawiam Aga.

  33. mona says:

    Chciałabym podzielić się swoim doświadczeniem — może to Komuś z Was pomoże. Jeżeli w Waszym domu rodzinnym ktoś pił, matka, czy ojciec, to warto wybrać się na grupę DDA (dorosłe dzieci alkoholków). Ja uczestniczyłam w spotkaniach takiej grupy oraz w mitingach i dało mi to bardzo dużo. Na pewno nie zastąpią one leków, ale zmienia się zupełnie spojrzenie na historię swojego życia. Historia mojej rodziny to przeplatający się alkoholizm, depresje i samobójstwa. Nieważne już co było pierwotne, a co wtórne, ale zaważyło to bardzo na moim życiu. Wyszłam za mąż za mężczyznę, którego bardzo kochałam i kocham nadal, ale gdy zamieszkaliśmy razem, okazało się, że nie jestem zdolna do tworzenia udanego związku. Nie będę się teraz rozpisywać, w każdym razie dzięki uczestniczeniu w tych grupach, zupełnie inaczej spojrzałam na nasze małżeństwo i mojego męża oraz odbudowałam relacje z moim bratem, które wcześniej skutecznie zniszczył mój ojciec. Nie chodzi mi o to, że uczestniczenie w tych grupach zdziała cuda w naszym życiu, ale na pewno pozwoli przyjrzeć się specyficznym mechanizmom, jakie panują w rodzinach alkoholowych i o ile tego będziemy chcieli pomoże nam uporać się z nimi i nie przenosić ich dalej w nasze życie. Na pewno też moje doświadczenie spotkań DDA było i jest dla mnie olbrzymim wsparciem w życiu i drogowskazem. W każdym większym mieście są takie spotkania, często grupy spotykają się na mitingach przy kościołach. Może pomoże to Komuś z Was i choćby trochę ulży w leczeniu depresji. Pozdrawiam Mona

  34. ann says:

    Czesc Wam! mam 18 lat i od jakiegoś czasu (nie pamiętam dokładnie... może pół roku) mam dość własnego życia:( męczy mnie ono i nawet powiem szczerze, że boję się radości. Ciągły smutek mnie ogarnia, szczególnie gdy jestem sama, chociaż często się z nim zmagam nawet w tłumie! To chore czuć się samotną w tłumie. Mam wrażenie, że jestem mgłą, która po prostu żyje, ale każdy dzień próbuje ją «zgasić»... nawet w nocy nie odpoczywam, bo często się budzę i po prostu duszę ciszą w moim wnętrzu i przewlekłym bólem istnienia. Chciałabym często zniknąć z siebie i stać się kimś innym w środku — po prostu «przeszczep» samej siebie. Jak o tym piszę, to mam wstręt do własnych myśli, które mnie tak usidlają, choć wiem, że nie mam na nie siły. Dziś nawet w opisie na gadu napisałam: czuję bezsens! nie mam żadnej motywacji ani siły w psychice, które pozwoliłyby mi robić coś konkretnego, co daje zadowolenie i spełnienie i czuć, że się żyje... Przyznam szczerze, że znam jedyne wyjście z tego beznadziejnego stanu duszy, bo one znajduje się tylko w Bogu! chore — męczę się z sobą i tęsknie za wyzwoleniem się z tego, ale nie potrafię «zrzucic» tego na Boga. Mam pytanie: czy osoby z depresją NAJCHĘTNIEJ WOLĄ SOBIE SAMEMU POMÓC???????????????????????????????????????????????????

  35. kasia nova says:

    Droga Ann

    Nie jest łatwo odpowiedzieć na Twoje pytanie, gdyż nie jestem znawcą, ale tak czasem jest, że osoby z depresją próbują same sobie pomóc. Nawet ja tak miałam, myślałam, że ten stan złego samopoczucia zniknie, ale było coraz gorzej, doszło do tego, że nie mogłam spać, nie mogłam myśleć, tzn. myśli mnie bolały, chciałm umrzeć, prosiłam Boga o śmierć. Jednak nie chciałm tak żyć i postanowiłam udać się do lekarza, nie zwracałam już uwagi na ludzkie opinie typu, co będzie jak mnie ktoś zobaczy. Tam przychodzą normalni ludzie, młodsi, starsi, zadbani — ludzie, którzy sobie nie radzą z swymi myślami i nie tylko. Ty jesteś bardzo młoda i jeżeli możesz, udaj się do specjalisty, aby nie było za późno, bo jeszcze przed Tobą całe życie. Życzę, abyś przeżyła chwile, jakich udało mi się zaznać, tzn. chwile radości i nostalgii, cieszyłam się życiem i wtedy dziekowałam Bogu, że nie pozwolił mi zrobić nic głupiego, ale pozwolił mi podziwiać piękno świata. Życzę Radości

  36. elabuk says:

    Ann, oczywiście, każdy w depresji ucieka od innych, od spraw, najchętniej by się zaszył w kącie i zdematerializował. Czasem pomaga czas, ale lepiej iść do lekarza i wziąć leki, bo im dłużej się utrzymuje taki stan, tym gorzej go «wyplenić», nie mylić z wyplenieniem samego siebie! Cytat z dawnego podręcznika weterynaryjnego, mówiący, jak poznać chore zwierzę: «Od stada odstaje, nie patrzy za żarciem, ryj w ściółkę chowa», to właśnie humorystyczny, ale dość trafny opis osoby z depresją. Z tą różnicą, że u ludzi depresja czasem się objawia niejedzeniem, ale czasem także nadmiernym apetytem, «zajadaniem» stresu. Pozdrawiam wszystkich forumowiczów.

  37. ann says:

    Nom...dzięki Wam!! najlepiej jak ktoś pomoże, racja...bo sama to mogę tylko gorzej wpadać w to...

  38. mona says:

    Elabuk, dziękuję Ci za «weterynaryjną» definicję chorego na depresję. Nie pamiętam kiedy tak się uśmiałam...do łez :) )))))))))

    to wszystko o mnie, że odstaje i że ...chowa w ściołkę, z tą różnicą, że za żarciem patrzy:) Pozdrawiam

  39. sonia says:

    Jestem tu zupełnie nowa. Nie wiem czy mam depresję, u lekarza nie byłam. Ale od jakiegoś czasu nie chce mi sie żyć. Czytam to co piszecie i czuję się podobnie, więc może to depresja.

    Mieszkam od dwoch lat za granicą. Myślałam, ze jak wyjadę, to wszystko się zmieni, że po prostu musze uciec od denerwujących mnie rodziców, uwolnić się. Mam 29 lat i do tej pory zawsze mieszkałam z rodzicami. Mam kochającego, dobrego męża i ślicznego synka. Kiedyś mi to wystarczało i byłam bardzo szczęśliwa. Po nieudanych miłościach i zwiazkach nareszcie coś prawdziwego, trwalego, stabilnego.

    Ale poczucie szczęścia trwało krótko. Nic takiego się nie stało, po prostu po mału świat tracił dla mnie barwy, a teraz jest już całkowicie szary, nudny, beznadziejny.

    Czuję, że niszczę życie mojego męża i dziecka. Oni na to nie zasłużyli, są cudowni, ale ja od nich odstaję. Nic mi się nie chce, wstaje o 11.00, bo po co wcześniej. Nie pracuję, więc gdzie mam się spieszyć. Nie mam tu żadnych przyjaciół, siedzę tylko sama w domu z dzieckiem, mąż pracuje do późna, i tak codziennie. W weekendy mąż próbuje coś zorganizować, jakoś umilić nam czas, ale mi się nic nie chce, nic mnie nie cieszy, we wszystkim widzę tylko problemy a nie przyjemność. Już chyba nic tak naprawdę nie sprawia mi przyjemności. O sobie samej myślę strasznie, wyzywam się sama od najgorszych, nie mam do siebie szacunku, do swoich bliskich też, do nikogo. Nienawidzę wszystkich ludzi, których spotykam na ulicy, nie chcę z nikim rozmawiać i usmiechać się glupio. Nie mam ochoty udawać, że wszystko jest ok. Stałam sie odludkiem i na tym cierpi najbardziej moje dziecko, bo nigdzie z nim nie wychodzę, nie ma okazji pobawić się z innymi dziećmi.

    W tym roku na szczeście (dla niego) idzie już do szkoly, ale w tym też oczywiście widzę same problemy, bo jak dogadam się z nauczycielkami skoro nie umiem angielskiego. Wszyscy mówią: ucz się! Siedzisz w domu, nie masz co robić, to się ucz języka! A ja tym bardziej się wtedy blokuję i nie robię nic, nie uczę się (chociaż wiem, że gdybym sie wzięła, to mogłabym się szybko nauczyć). NIe, nie, nie... Wszysko jest u mnie na nie. Nienawidze nawet samej siebie.

    Mąż marzy o drugim dziecku. Nie wiem, co będzie, gdy będę w ciąży, jak ja sobie poradzę, czy w ogóle chcę tego dziecka. Zawsze robię coś, bo ktoś tego ode mnie oczekuje, wiecznie jestem uwięziona w jakiejś roli i muszę grać. Przestało mnie to bawić i mówie NIE. Buntuję się przeciwko wszystkim ludziom. Przyroda jest ok, uspokaja mnie, lubię przyrodę, tylko to. Ludzi nienawidzę, ale jednocześnie nie mogę bez nich żyć. Sama jestem całkowicie bezradna jak małe dziecko, nie potrafiłabym się nawet utrzymać. Nic nie potrafię i nie chcę umieć. Nienawidzę również gotować, ale oczywiście muszę coś dawać dziecku do jedzenia (czasami nie daję). Synek jest niejadkiem i nie upomina się o jedzenie nawet gdy nie je cały dzień — czasami jeden posiłek mu wystarcza. NIENAWIDZĘ GOTOWAĆ! Sama też mogłabym nic nie jeść, jem na siłę, z obrzydzeniem, nic mi nie smakuje.

    I tak się kręci to moje beznadziejne życie dzień za dniem. Nuda, bezsens, wegetacja, zero przyjaciół i jeszcze do tego wszystkiego się starzeję. Boli mnie, że marnuję życie, ale jakoś nie mogę się wydostać z tego dołka. Niszczę prawdziwą miłość jaka była miedzy mną a moim mężem, niszczę wszystko, czego się nie dotknę. Jestem przesiąknięta złem, żalem, goryczą, żołcią i nie wiem czym tam jeszcze. Ludzie, jak najdalej ode mnie!

  40. mona says:

    Sonia myślę, że jestem bardzo do Ciebie podobna... bardzo. Jeżeli chcesz pogadać napisz do mnie: rudzik.1@gazeta.pl

  41. elabuk says:

    Soniu! Koniecznie, ale koniecznie pójdź do lekarza! Z tego, co piszesz, wynika, że bardzo się męczysz i to wszystko co opisujesz, to typowe objawy depresji. Aż dziwne, że jeszcze nie podjęłaś leczenia, ale po prostu nie wiedziałaś, że to «to». Nie zmienisz otoczenia, ale leki pozwalają na zupełnie inny jego odbiór. Życie może być sensowne i radosne także dla Ciebie, nie zwlekaj!!!!!!!!!! Szkoda czasu Twojego i Twoich bliskich. Leki są Ci potrzebne. Pozdrawiam Cię i wszystkich forumowiczów.

  42. Grzesiek says:

    Sonia nie oceniaj się tak nisko, nie zaniżaj samooceny o sobie. Tak jest że to co człowieka dawniej cieszyło, teraz jest wręcz okropne. Sonia pokochaj samą siebie, nie chodzi tu o egoizm, ale zaakceptowanie siebie. Nastawiłaś się na «nie», a co stracisz jeśli nastawisz się na «tak»? A z nauką języka angielskiego to nie jest zły pomysł, nie mówię, żebyś cały słownik opanowała w jeden dzień, po malutku parę słówek, a takie zajęcie byłoby dla Ciebie dużo korzystniejsze. Wiem przez co przechodzisz, ale z tego można wyzdrowieć.

  43. asik says:

    Witam wszystkich. Chciałam prosić o radę. Jestem w związku z człowiekiem, który ma typowe objawy depresji. Bardzo go kocham i staram się z całych sił pomóc mu w tej chorobie. Staram się być wyrozumiała, czuła, opiekuńcza, oddaję mu całe swoje serce i duszę, robie wszystko co w mojej mocy... ale, niestety, bardzo często spotykam się z odrzuceniem, a nawet momentami widzę nienawiść w jego oczach, mam wrażenie, że wyżywa się na mnie emocjonalnie, że mnie obwinia. Nie ukrywam, że to strasznie boli. Jego stan pogarsza się z dnia na dzień. Czasami jest lepiej, potem nagle bum... i znowu od początku. Boję się, że sama popadnę w depresję, jeśli będzie to nadal trwało. Nie chcę go stracić, bo jest cudownym człowiekiem, ale wiem, że moje szczęście i spokój ducha jest uzależniony od jego szcęścia. Dodam że on jest świadomy swego stanu i że za nic nie chce pójść do lekarza. Czy ktoś z Was może mi poradzić CO MAM ROBIĆ? Chce mu pomóc i po prostu już nie wiem jak...

  44. admin says:

    Asik! Zacytuję Ci Twoje słowa: Nie chcę go stracić, bo jest cudownym człowiekiem, ale wiem, że moje szczęście i spokój ducha jest uzależniony od jego szcęścia.

    Tym zdaniem określiłaś się jako osoba współuzależniona. Wszyscy w jakimś sensie jesteśmy uzależnieni od samopoczucia i nastrojów swoich najbliższych, których kochamy. Gdy jednak nasza ukochana osoba wpada w stan chorobowy — to może być depresja, alkoholizm czy narkomania — my osoby blisko związane uczuciowo, zaczynamy w jakimś sensie chorować z naszymi ukochanymi.

    Często tak się dzieje, że osoby chore nieświadomie «przerzucają» na nas odpowiedzialność za swoje złe samopoczucie i my, z miłości, «bierzemy» to na siebie.

    Powstaje błędne koło. Osoba chora nie leczy się, bo ma w pobliżu kogoś, na kogo przerzuca swój ból.

    Rodzice, dzieci, żony, mężowie alkoholików, narkomanów popadają w chorobę zwaną współuzależnienie. Nie potrafią o niczym innym myśleć, tylko o chorbie swojego dziecka czy współmałżonka. Odbiera im to sen, normalne funkcjonowanie. (Czemu zresztą trudno się dziwić). Jednak tym stanem ducha nie pomagają chorej bliskiej osobie, a nawet mogą pogłębiać jej stan. Dlatego wymagają terapii.

    Jeśli Twój ukochany wie, że jest chory, a nie chce się leczyć, to go z tą decyzją zostaw, a sama udaj się do psychologa i porozmawiaj o tym, jak możesz mu pomóc i jak sama masz się odnosić do jego decyzji.

  45. sonia says:

    Dzieki za Wasze wypowiedzi, porady i wsparcie.

    Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad pewną rzeczą, może ktos mógłby mi poradzic. Mianowicie, zastanawiam się, czy dla ludzi z depresją konieczna jest do wyzdrowienia stabilizacja i spokój, jak najmniej problemów, czy raczej odwrotnie. Może należy wywrócić swoje życie do góry nogami, bo to co jest nam nie pasuje. Czy człowiek z depresją mógłby mieć siłę temu sprostać?

    Bo przecież wiązałoby się to z wieloma problemami, przeszkodami, utrudnieniami. Nie pasuje mi życie takie jakie mam, ale boję się coś zmieniac, bo obawiam się, że to słomiany zapał i że widzę wszystko w krzywym zwierciadle. Więc może nie powinnam podejmować w takim stanie żadnych ważnych życiowych decyzji. Nie wiem, nie ufam samej sobie, bo wiem jakie zmienne są moje nastroje, nie jestem konsekwentna. Czy w ogóle człowiek w moim stanie ma prawo decydować o życiu innych i ryzykować, nie mając pewnosci, że wyjdzie to na dobre? Wiem, że trudno doradzać, jeśli się nie zna konkretów, ale może chociaż tak ogólnie ktos mi doradzi i w jakiś sposób pomoże. Z góry serdeczne dzięki.

  46. asik says:

    Admin dziękuje Ci bardzo za odpowiedz...spróbuje...pozdrowionka...

  47. anka says:

    Kochani, musimy walczyć o siebie, to co nam się należy — odwaga i jeszcze raz odwaga. Ja przekonałam się na sobie, że nikt mi nie pomoże, jak sama sobie nie pomogę, siła jest w nas — musimy w to uwierzyc.

Leave a Reply

You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>