Moja depresja jest tęsknotą za miłością. Czułam się niekochana. Szukałam miłości w związkach z mężczyznami — o paradoksie — którzy nie umieli kochać.
Przełomem w walce z depresją — bo tak śmiało mogę nazwać wszystkie moje próby wydostania się z niej — były pierwsze spotkania z Panem Bogiem. Najpierw poprzez czytanie Nowego Testamentu, który ktoś przyniósł mi do domu. Lektura Ewangelii przynosiła mi ulgę, porządkowała świat. Biblia odpowiadała na wszystkie niepokoje. Uwiodła mnie intelektualnie. Odnajdywałam w niej rozwiązania najtrudniejszych problemów.
Co ciekawe, byłam już po ogromnej ilości lektur z tak zwanej półki psychologicznej. I tu nagle odnajduję książkę napisaną dwa tysiące lat temu, kiedy ludzie żyli przecież w zupełnie innej rzeczywistości, a jednak okazuje się, że mieli te same co my problemy.
Pomijając wiarę w to, czy Chrystus był rzeczywiście Synem Bożym, wiedziałam, że był najgenialniejszym ze znanych mi psychologów. Filozofia chrześcijańska odpowiedziała na wszystko, co było dla mnie trudne do zrozumienia. Ale te odpowiedzi nakładały na mnie ogromny wysiłek zmiany siebie, zmiany widzenia innych ludzi.
Kolejnym spotkaniem z Panem Bogiem były rozmowy z księdzem, a potem długie, pełne żalu i łez spowiedzi. Po czterdziestu latach wędrowania po świecie bez Boga nazbierało się grzechów! Mój ksiądz udzielając mi rozgrzeszenia zawsze dodawał: Pan Bóg bardzo cię kocha. To zdanie wywoływało we mnie ogromne wzruszenie.
Wiara jest łaską. Ci, którzy jej doznają, są wielkimi szczęściarzami. Dzisiaj wiem, że bez modlitwy, rozmów z Panem Bogiem, czytania Pisma Świętego niewiele rozumiałabym z tego, co się dzieje w moim życiu. Dzięki spotkaniom z ludźmi wierzącymi pojęłam słowo: pokora. Potem zobaczyłam, ile we mnie jest pychy. Bardzo trudno poradzić sobie z pychą, która pcha nas do życia według własnego planu, własnych oczekiwań i ambicji. Pokora znaczy dziś dla mnie także dziękowanie Panu Bogu za rzeczy, które mi się nie udały. To bardzo trudne, równie trudne jak przebaczanie tym, którzy nas skrzywdzili.
My, zwykli śmiertelnicy, nie potrafimy kochać miłością miłosierną, wybaczającą, bezwarunkową. Szukanie wielkiej miłości na tym świecie — według wzorców z filmów hollywoodzkich — jest drogą do nikąd. Moja wiara jest maleńka, słabiutka, jednak odczuwam często miłość Chrystusa i Matki Bożej. Ta miłość nigdy nie zawiedzie, naprawdę warto się na niej oprzeć i czerpać z jej źródła siłę na życie i kochanie naszych bliskich.
Wasze Komentarze
amelka (amelia.23@wp.pl) 19:45 14-09-2006
smutna (Brak e-maila) 19:18 13-05-2007
Gdyby nie Bóg juz dawno bym zgineła,czekam cierpliwie od 8 lat az mnie wysłucha.Kiedy przejdzie ten potworny lek,niepokój niemoc.Modle sie takze za mojego meza zeby mnie zrozumiał,lecz on sam ma juz tego dosyc.Czasami jestem zła ze mnie nie wspiera,lecz kto tego nie przeszedł nie jest w stanie sobie wyobrazic,co czuje chory na depresje.Pozdrawiam wszystkich w smutku.
Witajcie
Wiecie jestem od pół roku blisko Boga !!! Wytrwale się do Niego modlę, mam taką cichutką nadzieję, ze mnie wysłucha...
Pamiętajcie o jednym — nie rezygnujcie z miłości do Niego!!! On na prawdę nas KOCHA... ROZUMIE... a może nadejdzie taki dzień, że podaruje nam słońce na dalsze życie...
Trzymajcie się ...jesteśmy razem
Pozdrawiam serdecznie
My i nasze marzenia... BÓL, CIERPIENIE, KTÓRE ZA nami idzie...
osiadłe jak pyłki na ziemi...
Sami tak niewiele możemy...
Lecz z pyłu Bóg stworzył świat
Nadał mu sens i formę.
Wyjdźmy, więc na wiatr
by nas porwał i poniósł
tam, gdzie On zechce
i w zaufaniu oddajmy się Mu...a zobaczycie zaświeci SŁONECZKO... nie warto się poddawac!! WIARA CZYNI CUDA
czy mógłby ktoś zabrać tego cholernego gula? Utrudnia mi życie, strasznie...
chciałam się też podzielić z Wami moimi przeżyciami. Jak to piszę lecą mi łzy, bo nie potrafię sobie pomóc, czasami nienawidzę siebie za tę wrażliwość i ból jaki ona mi daje. Mam 31 lat, nie ułożyłam sobie jeszcze życia, mój partner odszedł z moją przyjaciółką, wyleczyłam się, pozbierałam myśli, ból minął, ale ulokowałam uczucia w koledze z pracy, co okazało się totalną pomyłką. Ostatnio powiedziałam mu o tym, co czuję na jego widok, że lubię jego poczucie humoru, jego głos, a z jego ust usłyszałam, że to nie ma racji bytu, może jakbyśmy się spotkali wcześniej i w innych okolicznościach, przytulił mnie... a moje serce rozdziera przeszywający ból, z którym nie umiem sobie poradzić, bo muszę oglądać go w pracy... może to naiwność dziecka we mnie tkwi, ale nie umiem sobie z tym poradzić, czy ten ból minie... to tak bardzo bardzo boli... wiem, że on am kogoś i jest po nieudanym małżeństwie...
ewa ...my wszyscy jak piszmy o sobie to płaczemy...ja jestem od 7 miesiecy sama i ciagle becze i mam złosc na siebie ,ze nie potrafie go znienawidzic!!!!!Byc moze to pomogło by mi życ dalej...A zostawił mnie po 21 latach...czasami wydaje mi się ,ze życie uleciało ze mnie i brakuje mi siły !!Ale wiem ,ze jest wspaniały przyjaciel...to jest Bóg on anas kocha ,chroni i daje siły
Jesli masz ochote ze mna sie podzielic bólem to napisz
Beatkaaa37@wp.pl
Trzymaj sie cieplutko
Pozdrawiam
Rzeczy zmieniają się wokół nas, zmieniają się także i ludzie, którzy zniżają się do poziomu rzeczy, ale nie zmieniają się przyjaciele, co udowadnia, że przyjaźń to coś boskiego i nieśmiertelnego...
Miłość to szansa na piękne życie,
Bez miłości życie jest szare i puste,
Miłość wszystko wybaczy,
Rozwiąże każdy problem.
Miłość to mój życiowy cel,
Który najtrudniej osiągnąć?
Miłość,
Chciałabym ją zatrzymać,
Uchronić przed złem,
Przed końcem,
Z każdą chwilą jest jej coraz mniej,
Umiera- zostaję sama,
Wpatrzona w białą ścianę
Zadaję sobie pytanie,
Dlaczego właśnie ja?
Zamykam oczy i zasypiam,
Okryta osłoną nadziei
Na lepsze jutro.
Pozdrawiam wszystkich czytajacych
tęsknię... za miłością, potrzeba kochania, tak otwarcie, szczerze, do końca... i modlę się do Pana, abym nie zgorzkniała, nie przegapiła tego pięknego uczucia...
Panie nie odrzucaj mych próśb... bo bez miłości jestem nikim:(
kamila
Ja czuję to samo... nasz Pan nas słucha i jest z nami... tylko Go nie udrzucajmy, Jego miłości...
kwiatuszku, wątpliwość i nadzieja przeplatają się w mym sercu i głowie... czuję się, jakbym była kaleka, jakby mi ktoś urwał jakąś część ciała, albo zabrał jakiś organ... czuję się niespełniona, w każdej dziedzinie życia... napawa mnie to lękiem, boję się żyć, boję się swych myśli...
Gdzie jest mój Pan w tych chwilach, pytam gdzie???
Kamila, Bóg jest przy Tobie, ale coś nie pozwala Ci poczuć Jego miłości, Jego troski.
Pytanie: co to jest, na czym polega Twoja blokada, niemożność odczucia radości życia i piękna świata.
To są prawdopodobnie Twoje złe doświadczenia, przeżycia, z którymi sobie nie poradziłaś.
Psychoterapia polega między innymi na uświadomieniu sobie tych przeżyć i oddaniu ich Panu Bogu. Ogłoszenie swojej bezradności wobec tych doświadczeń, uznanie własnej bezsilności wobec negatywnych emocji, jakie buszują w Twoim sercu, to początek zdrowienia.
W depresji problemem jest to, że «zamrażamy» uczucia, nie chcemy się z nimi spotkać, bo są złe, negatywne, bolesne.
Nie ma jednak innej drogi do zdrowia psychicznego, jak przejście przez trudne spotkanie się ze złymi emocjami.
Czy próbowałaś terapii? Namawiam Cię serdecznie, początek będzie trudny, jednak gdy podejmiesz ten trud, odnajdziesz spokój.
Terapia Ci uświadomi, co możesz oddać Bogu. I wtedy odczujesz wielką ulgę i poczujesz, że Ojciec Przedwieczny jest przy Tobie.
Najczęściej gubi nas pycha, gdy wydaje się nam, że sami sobie poradzimy, że nie są nam potrzebni ani lekarze, ani inni ludzie, a Pan Bóg jest tylko po to, aby spełniał nasze życzenia.
On jednak działa według własnej mądrości i chce Cię zmusić do pracy, do wyjścia ze skorupy, w której tkwisz, a która Cię dusi i nie pozwala cieszyć się życiem.
Pozdrawiam i życzę odwagi w walce o siebie!
Jestem w świecie obojętności. Zdaję sobie z tego sprawę, że leki tak na mnie działają, ale to nie jest dla mnie korzystne. Co robić aby żyć normalnie czy już jestem na to skazana, żeby zawsze tak czuć?
Modlę się, to oczywiste, czekam na cud i na dnie mojej duszy jest wiara w to, że ten cud nastąpi. Ale kiedy?
Tęsknię za potomstwem, a z lekami nie mogę do tego doprowadzić, a bez leków mi jest trudno.
Co robić, co robić, być może ktoś z Was ma dla mnie radę
z góry dziękuję
i znowu to samo... strach po obudzeniue, łzy, gula w gardle i paraliż całego ciała, nawet tabletki nie pomagają!j Jak ja mam funkcjonowac? życ, iść do pracy, do szkoly ludzi? Czy ktoś powie mi jak, bo jestem na to zbyt głupia:( Nawet modlitwa nie przynosi mi ukojenia... boję się, że braknie mi pomysłów na radzenie sobie ze swym bólem i tym wszystkim, tego się właśnie boję... że zapragnę tak mocno pójść do mojej mamy na cmentarz:(
W tym tygodniu rozpoczynam terapię u psychologa, pożyczyłam nawet na to pieniążki w nadziei, że jest to tego warte. Łapię się wszystkiego, niczym tonący brzytwy... Przerosło mnie to wszystko, przerosło... A najgorsze jest to, że tak strasznie tęsknię za Damianem, cokolwiek nie zrobię, gdziekolwiek nie jestem, siedzi w mej głowie, duszy, sercu...
Nienawidzę się za to:(
siebie i jego...
spokoju mi trzeba, spokoju... szukam go we wszystkim i nie mogę znaleźć... wszystko za jego ramiona i błogi sen w nich... kocham Cię
Kamila, będę się dziś za Ciebie modlić.
Odnajdziesz spokój, na pewno, ale to musi jeszcze trochę potrwać, poboleć.
Coż z tego, że zasnęłabyś w ramionach Damiana, gdy po obudzeniu znowu miałabyś do niego o coś pretensje, a potem pretensje do siebie.
Twój ból i wysiłek w walce o siebie nie idzie na marne — przyniesie owoce. Bądż dzielna — trzymaj się!
podziwiam Cię Admin za Twą wiarę...
Mnie jej brakuje, brakuje mi spokoju, ukojenia, stąd te chęci tulenia się w jego ramiona, nawet kosztem późniejszych boleści, to takie infantylne, ale niestety prawdziwe!!!
dziekuję za wsparcie i modlitwę. Jesteście moim jedynym wsparciem, ludźmi, którzy mnie rozumieją, mój ból, strach i tą bezradność...
Boże jak mnie boli...
kamila
Tak strasznie Ciebie rozumiem, ja także zamknęłabym się w jego ramionach...
ale wiem, że to nie możliwe...To boli bardzo i pewnie długo będzie boleć, ale pokaż jak jesteś silna... ja dzięki temu, że tu jestem, muszę iść do przodu... nie załamywać się PAMIETAJ Bóg jest z nami...
Trzymaj sie!
tęsknię za Wami Kochani...
a ból wciąż ten sam, może nawet i silniejszy?
Rozpoczęłam terapię, gdybym mogła uczepiłabym się tej kobiety jak ostatniej deski ratunku i prowadziła terapię 24 godziny na dobę:)
mój citaxin chyba nie pomaga... wciąż marazm, myśli nieciekawe... chciałabym mieć odwagę coś z tym zrobić, nieważne, w którą stronę...
kamila, Admin napisała rewelacyjnie i Ja Ci z całego serdecznie dziękuje!!!(Admin)...Źycie to ciągła walka!!
Kamila! Wytrwaj w bólu! terapia jest przechodzeniem przez ból do ukojenia.
Nie bój się tego bólu i cierpienia, gdyż te trudne doznania prowadzą do wyzwolenia.
Bardzo patetycznie to zabrzmiało.
Jednak prawdziwie.
Nic nowego dobrego się nie urodzi, jeśli nie będzie bolało.
Ja mam taki system myślenia — jesli boli po coś, co przyniesie dobry owoc — z pokorą przyjmuję ból (staram się).
Jeśli boli wrzód, który się jątrzy i ciągle odradza — to mnie wścieka.
Lepiej przciąć go, zapłacić ostrzejszym bólem, ale mieć potem spokój.
Pamiętam o Tobie w modlitwie.
Bóg zapłać i wysłuchaj modlitw mych Przyjaciół Panie...
blagam...
admin ...święte słowa, ja coś podobnego właśnie przechodzę, to jest jak trauma...
Ja o Tobie także Kamila w modlitwie pamiętam
Trzymaj się
Your blog is interesting!
Keep up the good work!
szukam swego miejsca na ziemie i póki co nic... czy każdy ma swe miejsce gdzieś tutaj? a może są także ci «bezdomni»? i ja własnie taka jestem? citaxin, terapią robia swoje... wysuszyly mi oczy... ale chaos w sercu, glowie, duszy pozostal...
pozdrawiam moich Przyjaciol...
Kamila! Jesteśmy z Tobą, wspieramy Cię modlitwą, masz swoje miejsce w naszych sercach. A bezdomni jesteśmy wszyscy. Sztuką jest tę bezdomność przyjmować z pokorą i wiarą, że każdy ma swoje miejsce w specyficznym porządku tego świata. Każdy z nas jest powołany do odnalezienia swej tożsamości.
Jesteś dzielną dziewczyną — bo walczysz o siebie. Terapia jest dość trudnym spojrzeniem na siebie, swoje oczekiwania, iluzje.
Ten lek, który wysusza Ci oczy też zapewne ma sens.
Trzymaj się, walcz o siebie i pamiętaj, że jesteśmy z Tobą
coz moge napisac...
Jestescie czescia mnie...
po prostu:)
jestem w szoku, tylu ludzi odczuwających dokładnie to co ja. 4 lata cierpienia i nie widzę poprawy, nawet nie wierzę, że wyzdrowieję, myślałam, że takie nastroje, fobie, doły, silne emocje tylko mnie dotyczą. Mam dzieci — nie mam siły na nic, byłam osobą wierzącą — wiara ze mnie się ulotniła wraz z chorobą, której cały czas nie mogę zaakceptować, obwiniam się, że gdybym starała się być silniejsza, nie przejmowała byle głupstwem, głeboko wierzyła, nie dopadłoby mnie to. Juz nawet myślę momentami, żeby zrezygnować z dzieci i prosić o zamknięcie w zakładzie psychiatrycznym. Ostatnio biorę citaxin — pomaga tyle co witamina c na ból głowy. Ten okropny ból wewnętrzny,wyolbrzymione wyrzuty sumienia, lek przed wyjściem i kontaktem z ludźmi, zmienne nastroje, brak koncentracji, czekanie na nadejście nocy juz od rana, obojętność — czy warto sie meczyć? A z drugiej strony, jeśli okazałoby się, że samobójcom po tamtej stronie jest jeszcze gorzej niż żyjąc z tym paskudztwem... Każdy dzień ogromnym ciężarem i słowa psycholog, że jestem silna, że dam radę — właśnie że nie jestem, żyję z musu, bo nie umarłam jeszcze, ot cała filozofia. Nie potrafie wyrwać się z tego zamkniętego światka. Nie pisz Admin że Bóg może wszystko, że potrzeba wiary, modlitwy, bo do mnie nie trafiają takie słowa, są momenty — krótkie chwilki — ze się cieszę, np. liśćmi, trawą, chmurami, bo rzeczy materialne nie są w stanie mnie zadowolic. Jakoś udaje mi się nie zaniedbywać dzieci, choć pomocy nie mam, to znaczy jesli chodzi o potrzeby podstawowe: picie, jedzenie, kąpiel, czyste ubrania, a tak to uciekam w siebie, nie myślę o sobie inaczej jak wariatka
znowu obudziły się me demony...
i budzą mnie:( w nocy, w dzień, ciągle...
jak mam zyc? bez niech chyba się nie da, więc próbuję je oswoić, ale są silne, mocne, nieprzejednane:(
tak mi źle...
a księży nienawidzę, ich pustej czczej gadaniny, choruję na depresję — żaden ksiądz nie był wyrozumiały, jesli chodzi o stosowanie antykoncepcji, bo to przecież grzech ciężki, zaden nie rozumiał powagi tej choroby, konsekwencji odstawienia leków — efektem jest kolejna ciąża, zaprzestanie zażywania leków na okres 4 pierwszych miesięcy, hustawki nastrojów, myśli samobójcze — a teraz ze wszystkim zostałam sama, gdybym nie odstawiła i urodziłabym kalekę — czy któryś zainteresowałby się tym, skoro nawet nie wykazują zainteresowania w chwili obecnej, a wiedzą, że mam 4 dzieci i cierpie z powodu depresji. Prosiłam o pomoc przy opiece nad dziećmi, bo przecież Kosciół to wspólnota. Zignorował mnie proboszcz, zlekceważył wikariusz a tak pięknie sie mówi o miłości bliźniego, wzajemnym szacunku, pomocy chorym — puste frazesy. Nie jestem w stanie iść na mszę, bo nie mogę patrzeć na nich. Do Boga, jesli istnieje, złosci i żalu nie mam w sobie, ale ich wysłałabym na księżyc albo kazała zarabiac na 5 osobową rodzinę, mieszkając w ciasnym mieszkanku
chyba widze swiatelko...chyba:)
Agniecha, tak mi przykro... tak bardzo chciałabym Ci pomóc, ale obawiam się, że nie mam zbyt wielu opcji:(
Nie napiszę Ci, żebyś wzięła się w garść, bo tej garści Ci po prostu brakuje... doskonale Cię rozumiem, jeszcze miesiąc temu byłam w takim samym stanie... zresztą mimio wychodzenia na prostą (tak mi się przynajmniej wydaje), wciąż mam ataki lęku, strachu, psychozy...
Ale już nie tak silne, trochę jakby w oddali.
Nie wiem czy to citaxin, czy terapia, może jedno i drugie. Moi przyjaciele i ich miłość też swoje zrobila:) Kocham ich...
Co do wiary... moze wiele osób mnie zlinczuje za to, co napiszę tutaj, ale ja nie potrzebuję pośredników, aby być blisko Boga... kocham Go i wszędzie, w każdym szczególe swego zycia... chmurach, pomocnej dłoni sąsiadów, mruczeniu mego kota, deszczu, uśmiechu mego chrześniaka... Staram się omijać instytucję kościoła, wierząc, że mimo tego Bóg mnie kocha, tak samo jak Ciebie, naszych znajomych, czy innych ludzi...
ale WIARĘ noszę w sobie silna, niepodważalną!!!
Czego i Tobie właśnie życzę...
wiary i nadziei na lepsze jutro...
uściski
zapomniałam...
pozdrawiam Was wszystkich Kochani...
dzisiejsza ma modlitwa ofiarowana będzie Wam...
gdyby nie ta tęsknota, mogłabym żyć... a tak to tylko funkcjonuję!!!
spokoju ducha, spokoju... tego mi trzeba i o tym marzę...
pozostaje powiedzieC -dziękuję:) nie mam przyjaciół, izoluję się i nie ufam ludziom, pozostaje tylko w tym całym poczuciu bezsensu i smutku wznieść chociaż mysli do Boga, tylu ludzi zamyka się na siebie, potrafi jeszcze bardziej zdołować niż pomóc choćby dobrym słowem, zmieniłam lek, bo byłam w opłakanym stanie, ubłagałam lekarkę, żeby nie dawała skierowania do szpitala, bo nie byłoby osoby, króra zajęłaby się dziećmi a dla nich tylko co dzień zwlekam sie z łóżka i zmuszam do spełniania obowiazków, każdy dzień jest ciężarem, liczę, że w końcu lek zadziała — juz jest troche lepiej, bo choć sił i usmiechu brakuje, opuściły mnie te natretne myśli samobójcze, choć lęki dopadaja nieraz i obezwładniają, dziekuję Kamila za tych pare słów, pozdrawiam wszystkich