Wybaczyć nie znaczy – zapomnieć.
Gdy mylimy wybaczanie z zapominaniem, to stoimy w tym samym błotnistym miejscu i przy każdym ponownym ciosie, wpadamy coraz głębiej w błoto, które muli oczy umysł i serce.
Wybaczanie jest stanięciem w prawdzie – przypatrzeniem się faktom, które miały miejsce, które uderzały w naszą godność.
Zapominanie i tęsknota za akceptacją osoby, która nas odrzuca, prowadzi do współuzależnienia – chorobliwego przywiązania do osoby, od której oczekujemy czegoś, czego ta osoba po prostu nie umie dać. Nam się wydaje, że ona nie chce, albo że nie zasłużyliśmy jeszcze na to, żeby obdarowała nas swoją czułością. Więc stajemy na uszach, na głowie i staramy się o tę miłość, często poniżając samych siebie.
Aż wreszcie przychodzi rezygnacja, która boli, odbiera chęć do życia – uciekamy w depresję.
Można się rozstać z partnerem, który nie daje poczucia bezpieczeństwa, można się rozstać z fałszywym przyjacielem. Ale co zrobić z matką, z którą się rozstać nie można? Co zrobić z niedobrymi doświadczeniami z dzieciństwa, z odrzuceniem, kłamstwem, blokowaniem dobrych relacji z innymi członkami rodziny, które były dziełem matki zazdrosnej i zaborczej czy ojca alkoholika?
Co ciekawe? Tak jak kobieta potrzebuje akceptacji i czułości matki, aby dojrzeć w swojej kobiecości i iść przez życie szczęśliwie, tak mężczyzna potrzebuje akceptacji ojca, by stać się odpowiedzialnym, realizującym się w życiu mężczyzną. Najczulsza matka nie zastąpi chłopcu ojca i najlepszy ojciec nie zastąpi dziewczynce matki.
Z tego wniosek, że poranione kobiety na ogół najwięcej mają do wybaczenia matkom, a mężczyźni ojcom.

Odrzucona i poniżana przez matkę kobieta ucieka w ramiona mężczyzn. Jednak nie znajduje tam ukojenia, bo wybiera takich, którzy powtarzają zachowania matki i tak jak ona, po prostu nie potrafią kochać!
Mężczyźni często uciekają w alkohol, pracę czy hazard.
Jak poradzić sobie z tą niedobrą przeszłością, w której nie wyrobili się nasi rodzice? Przeszłością, która bolesnym piętnem dotyka nas dzisiaj?
Droga jest prosta, choć trudna: wybaczyć rodzicom. Napisać list do matki, do ojca, w którym wybaczymy punkt po punkcie wszystkie nasze krzywdy. Nie musimy tego listu dostarczać – można go nawet zniszczyć, żeby nie dostał się w niepowołane ręce.
Z mojego doświadczenia wynika, że nie ma innej drogi zdrowienia, jak wybaczenie i pokochanie swojej matki i ojca takimi, jakimi byli w naszym dzieciństwie.

Z czasem odnajdziemy w naszym sercu nawet czułość dla naszych – też przecież skrzywdzonych przez swoich – rodziców. To już będzie znak, że proces zdrowienia nabrał tempa.
Gdy wybaczymy rodzicom, będziemy bardziej wyrozumiali dla siebie, będziemy umieli wybaczać sobie, z czasem polubimy a nawet pokochamy siebie.
A człowiekowi, który kocha i szanuje siebie na pewno depresja nie grozi.

31 Responses to “Wybaczanie”

  1. marioatlas says:

    Wybaczanie jest bardzo trudne szczególnie wobec osób które nas zawiodły.Ja nad tym pracuje, przede wszystkim staram sie zrozumieć dlaczego.Zrozumienie ułatwia wybaczanie ale nie jest łatwo.Pomaga rzeczywiście w wychodzeniu z depresji ale wybaczyć to nie znaczy zapomnieć.

  2. admin says:

    Tak, tak Marioatlas! to jest trudne. Jednak nie zawsze zrozumiesz dlaczego ktoś Cię skrzywdził. Bo jesli to jest psychol, to on sam nie wie, dlaczego innych krzywdzi. Pewnie dlatego, że on też kiedyś został skrzywdzony. To jest jak «fala» w wojsku. Można tę falę zatrzymać tylko aktem wybaczenia. Ja wybaczałam swojej mamie zalewając się łzami. Modliłam się i mówiłam: Boże pomóż, ja nie dam rady! I wiesz co? Minęło kilka dni od tych mych wewnętrznych dramatów i poczułam jakieś ciepło, a nawet tkliwość do mojej mamy. I wtedy zaczęłam nawet ją rozumieć. Więc radzę: nie zaczynaj od próby zrozumienia, ale od wielkiego, bolesnego aktu wybaczenia. Nawet sobie możesz napisać na kartce, co komu wybaczasz (to ułatwia ten cały proces). Życzę powodzenia i pozdrawiam!

  3. marioatlas says:

    Dzięki za rade faktycznie akt wybaczania jest bardzo bolesny.Wybaczenie wymaga pozbycia się dumy i złości.Odwaga i wiara jest ogromnie ważna.Nie zawsze jednak możemy wybaczyć osobiście.Napisanie na kartce co komu wybaczasz to dobry sposób.Boje się jednak, że akt wybaczenia zostanie odrzucony.Mam jednak nadzieję że uda mi się osobiście kiedyś wybaczyć i poprosić o wybaczenie.Pozdrawiam!

  4. madzia says:

    z tym wybaczaniem wlasnie dokladnie tak jest ttlko ze ja znow jestem na takim etapie ze nie chce ujrzec prawdy,wiem ze ona gdzies tam jest,ale jesli ona sie przedziera przez moje mysli to zaraz probuje o niej zapomniec bo czuje sie winna i ne powinnam tak myslec,za bardzo wtedy jest dla mnie wszystko za proste,takie ze az nie mozliwe ze duzo spraw to nie moja wina,skoro czuje sie winna i znowu zrobilam cos zle to nie moge sobie tak poprostu dac spokoju i isc spac

  5. Małgonia says:

    Cześć,

    Zajrzałam tu po raz pierwszy. Witam wszystkich serdecznie.

    Jeśli chodzi o w/w tekst, to co robić, jak właściwie nie ma się komu wybaczać? Od czego zaczać swoje uzdrawianie?

  6. admin says:

    Małgoniu, może warto zajrzeć głebiej do swojego serca, przyjrzeć się swoim uczuciom i zobaczyć, czy Ty sama na przykład nie masz do siebie pretensji i poczucia winy.

    A jeśli tak jest, to zacznij od wybaczania samej sobie, zaakceptowania siebie takiej, jaką jesteś.

    Depresja często ma takie podłoże, że chciałoby się być innym, mieć inne życie itd.

  7. Małgonia says:

    admin, bardzo Ci dziękuję za odpowiedz, nigdy dotąd nie patrzyłam na depresję w ten sposób, rzeczywiscie może powinnam nie szukać winy mojej choroby w innych, tylko zajrzec głęboko w siebie

  8. Justina says:

    trafne spostrzeżenie z tym wybaczaniem, w końcu ktoś jasno podkreślił, że wybaczyć nie znaczy zpomnieć...

  9. w zasadzie jestem na pierwszy rzut oka dziewczyną wesołą i przyjacielską. W szkole, na imprezie jestem duszą towarzystwa, potrafię rozśmieszać i pocieszyć, wiem że jestem potrzebna. W domu wszystko się zmienia — jestem agresywna i smutna, nie mogę spać... Dom... Wychowałam się w domu, gdzie dzieci traktowano jako «zło konieczne». Jak pobrudziły sie rajtuski, to dostawało sie baty, jak mamusia miała zły dzień (czytaj cały tydzień) to dziecko musiało się chować, żeby nie oberwać — no bo to tylko dziecko, które płacze, smarka i nie wiadomo o co mu chodzi... Tatusia nie było wcale, wyjeżdżał, a nawet jak był w domu, to tak jakby go nie było. Jak mamusia biła dziecko to tatuś zamykał drzwi, żeby nie słyszeć płaczu itd. Dom... Miałam chłopaka — nie wyszło nam. Nie mógł znieść mojego zachowania, przerażala go moja depresja — uciekl (znalazl inną); Dom... Mieszkam teraz w innym mieście, z dala od rodziny, a i tak dom (te 4 ściany) nie mają dla mnie znaczenia. I cholernie się boję, że stworzę dom taki sam... I nawet jeśli w głębi siebie wybaczyłam rodzicom, że zrobili ze mnie kogoś takiego, to to wybaczenie mnie nie zmieniło — otworzyło mi tylko oczy na to, że co ranek wstaję zła i mam taką samą minę jak moja mamusia... Otworzylo mi oczy — wiem, że w miłości oczekuję, miłości, której nikt mi nie jest w stanie dac!! Jak się nie jest kochanym przez , «najblizszych» to potem jak już pojawi się ktoś, to chce się zrekompensować brak tego uczucia! Wymaga się ciągłych zapewnień o miłości, o tym że jest się idealnym. To jest chore, ja wiem — wiem bo to przeżyłam:( W rezultacie i tak czujemy niedosyt. Nie ma na to lekarstwa. Jeśli mam to odnieść do wiary, to mogę napisać -pełna wiary, że Bóg nad takimi osobami czuwa, że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie. Kochani moi, nie pozwólcie, żeby depresja zacieśniła wasz świat do rozmiarów klatki-pułapki... i wybaczcie mi, że nie jestem z tych uczonych, którzy pomogliby wam (samej sobie) tę cholerną depresję zwalczyć... pozdrawiam

  10. ela says:

    Wybaczam wszystkim, że nic ich nie obchodzę i że nikt nie jest bezinteresowny. Wybaczam, że robię dla innych tak dużo i nikt tego nie docenia. Nie zmienia to jednak faktu, że tak jest i że życie jest bez sensu i że nic mi się nie chce. Wydaje mi się, że można stosować różne techniki poprawy samopoczucia, żeby nie zwariować, ale i tak wszystko jest bez sensu.

  11. zawilec says:

    nie potrafię zaakceptować siebie... nikt by nie poznał, że mam jakikolwiek problem, że zawsze czuję się przerażająco samotnie... że boję się opuszeczenia... spotykam się z kimś... i ten ktoś, czuje że coś jest nie tak... i oddala się... i to jeszcze bardziej przygnębia... zacieśnia jakiś niewidoczny krąg... tak jakby wszystko co się dzieje, działo się z mojej winy... tak jakbym miała wpływ na to co złe... nie potrafię tego zmienić, nic nie mogę poradzić, że potrzebuję ciągłych dowodów i zapewnień o miłości... jeżeli ich nie ma, wariuję... i jestem jakaś taka pusta w środku... ciemna i smutna... zgubiłam siebie gdzieś...

  12. xxx says:

    Wiecie co... Ja już powoli tracę resztki nadziei, nie umiem tego pokonać, to jest straszne, samozagłada mnie dopada powoli... wybaczcie i proszę o wybaczenie...

  13. maria says:

    Myslałam, że jestem na drodze do budowania depresji? Ale w momencie, kiedy zaczęłam z nią walczyć, uzmysłowiłam sobie, że tak naprawdę nie posiadam, jej bo przecież kocham ludzi, a przede wszystkim siebie. Moja matka wyssała ze mnie wszystkie soki trawienne, pociągając za sobą moją córkę i siostrę. Całe życie walczyła ze mną nie, o prawdę lecz kto ma rację! W rezultacie z prawdą ja zostalam sama! To, że całe życie pomagałam ludziom, to w ich oczach było moją wadą, a zazdrość ich przerodziła się w nienawiść, którą dziś czuję i przekonałam się osobiście. Moje dążenie do prawdy doprowadziło mnie do przemyśleń o istnieniu świata. Zdaję sobie sprawę z tego, że to w jaki sposób myślę, jest bardzo dla niektórych osób skomplikowane, bo lepiej jest żyć nieświadomie w lekkiej śpiączce, nie wychylając się za postawiony margines, bo wtedy nie trzeba odpowiadać na pytania. Taka śpiączka może być spowodowana uzależniami, w których ludzie tkwią latami, tłumacząc tym, że jest to wynik braku chęci do walki. Dla nich jest wytłumaczenie! Ale co zrobić, kiedy się jest w pełni świadomym tego, co oni nam robią i w jakim kierunku dążą? Kocham ludzi i z nimi chcę żyć, pracować i cieszyć się wschodem i zachodem słońca!

  14. Orter says:

    Przebaczyć, ale nie zapomnieć?.. jakoś nie mogę tego pojąć. Bo zastanawiam się, jeżeli coś wybaczyłem, a nie zapomniałem, to tak naprawdę nie wybaczyłem. Wpadam więc w spiralę rozmyślań i analizy. Im dłużej zastanawiam się nad tym, tym bardziej jestem skołowany. Co z tego, że psycholodzy lub psychoterapeuci starają się rzecz tę wyjasnić, skoro ja nie potrafię tego «zasymilować». Często po takich samotnych sesjach dochodzę do wniosku, że najlepszym wyjściem byłoby «zresetować» swoją psychikę. Rozpocząć wszystko od początku z czystą głową — taką tabula rasa. Ale byłoby to niczym innym jak tchórzostewm, ucieczką od tego wszystkiego, co do tej pory miało miejsce. Bo to wszystko co się zdarzyło było bardziej lub mniej mojego przecież autorstwa. Czy mam to teraz wymazać — oj nie!!! Szukam swojego miejsca na ziemi :) może znajdę, ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Ważne, że SZUKAM!!! a moim atutem jest bagaż doświadczeń i empatia. Czasami dostaję w kość, ale jak nabrać do tego dystansu, to robi się nawet znośnie — czego wszystkim życzę.

  15. łezka says:

    Przeżyłam prawie to ,o czym przeczytałam powyżej. Nie da się opisać tego, co czuje człowiek chory na depresję. Jest jakby za szybą, nie jest w stanie interesować się światem, po prostu nie ma siły. Wszystko tak strasznie boli w środku, cały czas stają przed oczami tragedie sprzed lat, tylko wyolbrzymione tysiąckrotnie. Najmniejszy nieprzyjazny gest ze strony innych jest odczuwany jak największa zniewaga. U kogo wówczas szukamy pomocy? U osoby, którą kochamy, chociaż najczęściej to właśnie ona jest przyczyną naszej choroby. Wybaczamy jej to, że nas tak zraniła i biegniemy po pomoc, licząc na to, że wyciągnie do nas rękę i naprawi zło. Jednak stajemy pod drzwiami ukochanej osoby i okazuje się, że są dla nas zamknięte, że nie chce rozmawiać, że w zasadzie to nie jej sprawa. I znowu zostajemy sami, a wokół tylko ból i rozpacz... To najtrudniejszy moment. Wtedy nie myślimy o przebaczeniu, myślimy czego się uchwycić, żeby znaleźć nowy cel w życiu, żeby mieć po co żyć i nie popełnić samobójstwa. Ja w takim krytycznym momencie powtórzyłam słowa słynnej bohaterki Scarlett O'Hara:"pomyślę o tym jutro". Może to głupie, ale te słowa uratowały mi życie.

  16. karolina says:

    Łezko, ja Ci powiem, że dokładnie w dniu, kiedy to napisałaś, byłam po raz pierwszy na terapii. Okazało się że takie uczucie bycia, jak ja to mówię «człowiekiem bez skóry», czyli nadwrażliwym na ciosy z zewnątrz, to — oczywiście upraszczając — wynik nieprzebaczenia sobie i gotowość na przyjęcie ciosów niejako za karę. To błędne koło, w którym z żywej osobowości stajesz się biernym workiem treningowym. W takiej sytuacji każdy błaga bliskich — obcych o pomoc na zasadzie «kup mnie» i to z góry skazane jest na niepowodzenie, bo najpierw każdy w takim stanie powinien, niestety, podjąć ryzyko i «kupić» samego siebie. Często wpadamy w pułapkę i usiłujemy komuś przebaczyć to, czemu nie jest winien, a padł ofiarą naszych zbyt wygórowanych oczekiwań. Na przykład spotykasz się z kimś bliskim, opowiadasz mu, jak strasznie się czujesz, a ten ktoś nie ma szans tego zrozumieć, bo nie jest chory (albo, co gorsza radzi: «weź się w garść») i siłą rzeczy wydaje nam się, że ma nas «gdzieś», ale że należy mu to przebaczyć. Czyli nakręcająca się spirala nieistniejącej winy tego kogoś i naszego na wyrost przebaczenia. A ja na tej terapii sobotniej dowiedziałam się, że... mnie nie ma, to znaczy że jestem uzależniona od innych i bez innych nie istnieję. Ten mój przydługi wywód ma na celu próbę uświadomienia nam, że może warto — krok po kroku oczywiście — budować siebie od nowa. Odwrócić myślenie i zacząć się składać z siebie, a nie z relacji wobec innych... Hmmm, w niektórych przypadkach wystarczy podobno codziennie zrobić jakąś małą rzecz dla swojego ciała. Na przykład dziś 100 brzuszków, jutro 10 minut świadomego oddychania, a może, kto wie, za tydzień basen... Brzmi może absurdalnie i w sytuacji wielu z nas taki krok wydaje się ogromną torturą, ale ja w to jakoś wierzę. Ja jeszcze tego nie doświadczyłam, ale właśnie zaczynam proces uniezależniania się od tego, jak ktoś na mnie spojrzy, co ktoś miał na myśli, mówiąc coś i zamiast przebaczać na wyrost i chwytać się jakiejś kolejnej litościwej ręki — zacząć próbować na nowo budować siebie? I najważniejsze — nie powinno się chyba w stanie rozpaczy szukać nowych wielkich celów, zadań i postanowień. Tak mówił św Ignacy Loyola — w stanie strapienia nie podejmować żadnych decyzji, bo niemożność ich wykonania może nas wpędzić w jeszcze większą rozpacz. Natomiast uważam, że drobne codzienne działanie na rzecz zasady «w zdrowym ciele zdrowy duch» na pewno nie zaszkodzi. Zwłaszcza szczerze polecam na początek naukę oddychania. Pozdrawiam serdecznie.

  17. Adelajda says:

    Wybaczyć... Nie potrafię ani wybaczyć, ani zapomnieć. Jest coraz trudniej i ciężej. Każdy, kogo kocham, oszukuje i krzywdzi mnie. To boli... Często mam ochotę uciec z tego miejsca. Poznać nowych ludzi. Zapomnieć... Ale tak się nie da. Już próbowałam, ale nie potrafię. Nie potrafię poprosić osobę, która wyrządza mi krzywdę, aby przestała. Wolę siedzieć cicho i nic nie mówić...

    Coraz bardziej zamykam się w sobie. Mam wrażenie, że nikogo mój los nie obchodzi. Do kościoła przestałam chodzić — a pragnęłam życ u boku Boga.

    Jest ciężko zapomnieć, ale trudniej wybaczyć krzywdy, które nam zadano...

  18. mbutterfly says:

    KAROLINO — to bardzo mądre co napisałaś i otworzyło mi oczy na wiele spraw. Ja też często się własnie tak czuję 'mnie nie ma', gdy nie ma innych, ostatnio postanowiłam sama siebie w spokoju 'poobserwować', wsłuchać się w siebie, zrozumieć swoje emocje i uczucia. To nie jest łatwe, ale daję sobie do nich prawo! Jestem smutna, to się smucę, płaczę, jestem wściekła — to daję temu upust i szukam tego przyczyny. Do tej pory zagłuszałam wszystkie negatywne emocje, z którymi sobie nie radziłam. I tak naprawde tłamsiłam samą siebie. Nie wiedziałam kim tak naprawde jestem, co czuję, co myślę... automatycznie przyjmowałam uczuica i myśli, upodobania innych. Paradoksalnie tak pragnęłam bliskosci innych, że rezygnowałam z siebie. Teraz się tego od nowa uczę. Odczuwania prawdziwej Siebie... i to jest na razie bardzo trudne dla mnie!

    Pozdrawiam i dziękuję za Twój post.

    ps. na czym polega Twoja terapia? Gdzie się udałaś? do kogo?? Napisz mi, jeśli możesz, na maila : mbutterfly@op.pl

  19. Agnieszka says:

    Kiedyś ktoś mi powiedział, że w depresji jest wiele z niepogodzenia się. Ja zauważyłam, że nie godzę się, że życie nie jest idealne, że jest ta szara codzienność, w której się gubię. Wydaje mi się często, że w chwilach, kiedy godzę się z tym, że jestem chwilami zupełnie sama, że jestem smutna, jest mi lżej. Najgorsze jest chyba obwinianie siebie o to, że nie jestem szczęśliwa — że nie umiem być. Wydaje mi się, że szczęście zakłada na tej ziemi, zawsze, również trudności. Naśladowanie Chrystusa mówi: wszędzie, gdzie pójdziesz, spotkasz krzyż, a jeśli spróbujesz od niego uciec, spotkasz jeszcze większy. Ostatnio zrobiłam malutki postęp: moja Mama jest bardzo nerwowa, trudno czasami to wytłumaczyć. Postanowiłam jednak to zrozumieć, popatrzyć na nią z czułością, nie z wyrzutem. Ja sama się czasami denerwuję i nie trafiają wtedy żadne argumenty, więc wiem, jak to jest, nie na wszystko człowiek ma wpływ. Tak, wybaczenie pomaga, ale potrzeba jest też tego ciepłego spojrzenia na innych. To ciepło rozświetla serce, i wtedy są dla mnie lepsze chwile. Myślę też, że nie oczekując na wzajemność w uczuciach, często ją otrzymamy. Ciemności zaczynają się dla mnie, gdy myślę, że innych nie obchodzę, a to przecież nie prawda... cieszę się z każdego lepszego dnia, biorę leki i mam nadzieję, że kiedyś te ciemne dni się skończą. Tego i Wam wszystkim życzę, i o to się modlę, za mnie i za Was. :-) niech ten dzień będzie dobry dla Was, pełen ciepła.

  20. Unknown says:

    Ja też zauważyłem, że kiedy się godzę z tym że jestem sam, zaczynam czuć się lepiej. Zreszta po co szukać znajomych (mieć) takich, którzy nie rozumieją? Po prostu niektórym lepiej się żyje w pojedynkę, na jakiejś stronie wyczytałem, że Biblia nie potępia samotności (komentarz autora strony «niektórym po prostu łatwiej jest żyć samotnie») i nie mówi też, że jest komukolwiek przypisana druga połówka. Smutne ale... mi troszkę pomogło. Ostatnio czytam o Biblii, o Bogu, tzn jaki mają stosunek do spraw przyziemnych, np Biblia a sex, Biblia a zabójstwo, Biblia a depresja itp. Mi to trochę pomaga i dowiedziałem się wielu rzeczy, o których nie miałem pojęcia. W ogóle od kiedy zacząłem się modlić i patrzyć na wiele rzeczy przez pryzmat Jezusa jest mi jakoś lżej... Bóg stworzył to wszystko, bo jest dobre, poprzeczki, ból, wszystko jest stworzone przez Boga, to On pozwala Szatanowi zadawać nam ból, żeby mu udowodnić/sprawdzić jak bardzo kochamy Boga. «Bóg musiał zgodzić się na ewentualne istnienie zła, gdyż chciał, byśmy sami wybrali, czy chcemy służyć Bogu, czy nie. Gdybyśmy nigdy nie cierpieli i nie doświadczyli zła, czy zrozumielibyśmy naprawdę, jak wspaniałe jest Niebo? Bóg nie stworzył zła, jednak przyzwolił na nie. Gdyby zła nie było, czcilibyśmy Boga nie z wyboru, a pod przymusem.»

    Owa stronka jest wspaniałym «startem» w rozumieniu Bożej mądrości, celów różnych rzeczy mających miejsce w naszym życiu. Podaję adres strony, zachęcam do czytania jej.

    www.gotquestions.org/Polski/index.html

  21. Agnieszka says:

    Myślę, Unknown, że masz wiele racji. : )

    I jeszcze jedno — ja uczę się rozumieć, że warto cenić tych kilku życzliwych ludzi, których mam. Że cały świat nie musi mnie kochać, a ja nie muszę się przyjaźnić z całym światem.

    A co do cierpienia, przeczytałam gdzieś te piękne słowa: Największe cierpienie daje najczystsze poznanie. Cierpienie jest drogą, nie końcem. Może dla nas cierpienie jest początkiem poznania prawdy o nas samych i Bogu?

    Biblia nie tylko nie potępia samotności, święty Paweł pisze nawet, że lepiej jest być samemu. Tylko nie każdy tak potrafi. Samotność sprzyja chociażby modlitwie. Poza tym nie jesteśmy sami. Bóg zawsze jest blisko nas.

  22. Unknown says:

    I już dzisiaj jestem pewien! Wolę być sam niż mieć takich znajomych jakich mam! I to tyle. Cześć

  23. Asia says:

    Jestem tu nowa i przeżyłam szok widząc, że jednak są na świecie ludzie, którzy wiedzą o co właściwie w tym wszystkim chodzi. W moim towarzystwie, kiedy mam problem, mogę usłyszeć tylko: o Matko! ta znowu swoje, albo: weź przestań! Wybaczyć mam przyjaciółke od zawsze, własciwie bez niej nie daje sobie rady, to do niej wszyscy ciągną ją kochają. Kiedy jej nie ma, zostaję całkiem sama. Popełnia ciągle błędy, które mnie ranią bardzo mocno, ale co z tego, że jestem gotowa jej wybaczyć, kiedy ona za chwile robi to samo? Nie mogę się pogodzić z myślą, że stracę moją jedyną pomoc. Bez tego jestem odrzucona przez innych i nic nie warta. A jeśli chodzi o modlitwę, chcę ufać Bogu, chcę z Nim być czuć, Jego obecność, ale coraz częściej, kiedy modlę się całym sercem, dzieję się dokładne przeciwieństwo mojej modlitwy, kolejny ciężar, którego znieść nie mogę. Łudzić się, że to się kiedyś skończy? Ale to przecież trwa tak długo. Kocham Boga, ale po prostu boję się modlitwy, jakby to był jakiś wyrok śmierci

  24. Agnieszka says:

    Hej, Unknown, nie to do końca chciałam powiedzieć... warto cenić tych znajomych, jakich mamy, chyba że to ludzie, którzy robią nam rzeczywistą krzywdę, albo są, powiedzmy tak, płytcy, aroganccy, zimni... ale większość ludzi taka nie jest.

    Życzę Ci wszystkiego, co najlepsze. Abyś był szczęśliwy i sam, i z innymi. Sama też tego się muszę nauczyć. : )

  25. Agnieszka says:

    Asiu, będzie dobrze, zobaczysz...

    «Choćbym chodził po środku cieni śmierci, zła się nie ulęknę, ponieważ Ty ze mną jesteś, Panie Jezu»...

    Jesteś pośród cieni, jak każdy z nas. Ale w tych ciemnościach nie jesteś sama, tylko nic nie widzisz, bo przecież jest noc. Trzymam kciuki za Ciebie. Ja dzisiaj też mam ciężki dzień...

  26. asia says:

    dziękuję Agnieszko za ten cytat z Biblii, pomógł mi w dzisiejszym ogromnym kryzysie...

    asia, ale nie ta pisząca powyżej

  27. krzysiek says:

    cześć, pierwszy raz zaglądnąłem na tę strone .Sam mam poważne problemy, z którymi sobie nie radzę. Mam dwoje małych dzieci — Dominikę i Filipka, mają 3.5 i 1.5 i nie mieszkamy razem, bo matka dzieci mnie zdradzała i zachowała się okrutnie wobec mnie i mam potworny żal do niej, nie potrafie jej wybaczyć. To jest tak trudne dla mnie, że zaczęło mnie to przerastać. Nie przebywam od 3 lat w Polsce, przyjeżdżałem tak na 2 tyg po 2 miesiacach, a teraz straciłem już wiarę i sens. Tyle razy już z nią próbowałem, ale jak uslyszalem, że jestem stary i za chwilę się rozlecę, że nie będzie ze mna itd. to jeszcze tak nie bolało, jak moi rodzice zaprosili nas na święta, byśmy się pogodzili, a usłyszałem w zamian, że: wyciągnęłam ile się dało. To jak pojechałem do pracy, to nie mam zamiaru tam wracać, ale są dzieci i nie potrafię z nią ich wychowywać, bo mam wrażenie, że mnie znów chce naciągnąć, a żyje z kimś innym. Ale kłamie, że nie i to jest dla mnie tragedia i mi jest bardzo ciężko. Czytam te wypowiedzi i tak jak bym o swoich problemach czytał. Wybaczenie nie jest tak łatwe. Jestem tylko człowiekiem

  28. krzysiek says:

    to mój e-meil kzuber70@o2.pl jak ktoś chce mi pomóc, to niech napisze

  29. izabella says:

    cześć. Z tym wybaczaniem to naprawdę nie takie proste. Dwa lata temu mąż mnie zdradził, co gorsza wcale się do tego nie przyznaje, to tak jakby mi wmawiał, że białe jest czarne a czarne to białe. Były też takie sytuacje, gdzie w towarzystwie adorował inne kobiety a ja czułam się jak bym nie istniała dla niego w ogóle. Później było ok, w miarę normalny związek, zaczęłam wierzyć, że mnie kocha, że mu na mnie zależy. Teraz staram się nie myśleć o tym co było, choć nic nie jest wyjaśnione, nawet nie miałam i nie mam okazji, żeby mu wybaczyć, bo w jego mniemaniu nic się nie stało. Lecz do mnie to wciąż wraca i mimo że się przed tym bronię, to jest mi cholernie ciężko. Najgorsze, że znowu staję się zasdrosna, nawet o własną kuzynkę. Wystarczy, że ładnie się ubierze i ja już wyobrażam sobie, co mój mąż sobie o niej myśli. To okropne, wtedy nawet jak mój mąż mnie adoruje, to ja go odpycham, bo wszystkie złe myśli wracają no i dochodzi do kłótni. No bo co mi jest, on nic nie widzi, co ze mną się dzieje. Najchętniej to bym od niego odeszła, ale to nie takie proste, bo go jednak kocham. Jakbym nie kochała, to by to tak nie bolało, a w dodatku mamy trójkę dzieci, które potrzebują dwojga rodziców. Co ja mam zrobić ? Jak wybaczyć? Proszę o radę i pozdrawiam.

  30. Marcin says:

    Kocham siebie i cóż z tego. Nikt mnie nie chce, każdy olewa. Ile mi jeszcze zostało, skoro młodość mam już za sobą.

  31. mala says:

    Hej Kochani!!!

    Bardzo dziekuję Wam wszystkim za to forum.

    Dziś trafiłam na nie po raz pierwszy w życiu — i jest tak — jakbym czytała sama siebie...

    Nareszcie to uczucie!!! — nie jestem sama na świecie z moimi uczuciami!

    Nareszcie ludzie, którzy mnie rozumieją — a ja rozumiem ich!

    Jakże trudno mi żyć, oddychać...

    Przebaczać... hmm... jak przebaczyć rodzinie, która mnie psychicznie poniżała, upokarzała, maltretowała, wyzywała od najgorszych???

    Jak radzić sobie na obczyźnie, gdy towarzyszy nam świadomość, że «w razie czego» nie mamy NIC, NIKOGO... kto by nam pomoógł, gdy spotka nas nieszczęście...

    Jak radzić sobie na tej obczyźnie z ogromną, niezmierną samotnością???

    Gdy straciło się wspaniałych przyjaciół, którzy zostali w Polsce?

    Gdy straciło się wszystko?

    Żyjąc pośród ludzi zimnych, niedostępnych, zdystansowanych... ktorzy mnie nie rozumieją...

    Zero znajomych. Zero przyjaciół...

    W domu z rodziną było najgorsze piekło na ziemi...

    Potem 2 lata — paradoksalnie — najszczęśliwsze w moim życiu — bo uciekłam od nich... choć byłam samotną matką — sama na świecie — ale nie musiałam już z nimi mieszkać...

    To wtedy spotkałam najwspanialszych przyjaciół na świecie...

    I ponownie ta destrukcyjna, toksyczna rodzina... dała o sobie znać...

    Ponowna ucieczka — byle dalej od nich... nawet na koniec świata...

    Tak bardzo chciałam kochać i być kochana...

    Uciekłam więc do cudzoziemca, poznanego przez Biuro Matrymonialne...

    I cóż... pustka, przerażająca samotność...

    Ten stan trwa już 3,5 roku...

    Tak bardzo, bardzo ciężko mi na sercu...

    Ten kraj, ta kultura, brak zrozumienia od innych ludzi, ich niedostępność, brutalność...

    Co ja mam teraz robić???

Leave a Reply

You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>